Niewyjaśnione zjawiska

Frankfarmer:Właśnie leci STREFA 11 (to o takich paranormalnych zjawiskach). Akurat w takie programy nie wierzę
W takie cos to ja tez nie wierze, zreszta co by nie pokazali to i tak ciezko by mi bylo w to uwierzyc biorac pod uwage fakt ze w TV mozna wszystko zmanipulowac.

Wierze natomiast w to co mi inni opowiadaja, zwlaszcza jesli historie ktora za moment napisze opowiadal moj wujek.
W jego wsi stal opuszczony stary dom, wprowadzilo sie do niego malzenstwo nauczycieli z pobliskiego miasta, gdyz chcieli miec wlasny dom na wsi, z dala od miasta. Dom byl w srednim stanie wiec odnowili parter, a za strych mieli wziasc sie gdy uzbieraja wiecej pieniedzy.
Po wprowadzeniu i urzadzeniu sie tam, niekiedy w nocy slyszeli cos takiego jakby placz dziecka. Mysleli ze to jakies koty lub co innego, gdyz na wsi pelno jest zwierzyny, nie zajmowali sie tak tym, jednak ciagle nie dawalo im to spokoju i zaczeli sie nad tym zastanawiac, jednak nie mogli znalezc przyczyny. Gdy zaczeli remont na strychu zobaczyli zbity z desek prostokat przybity gdzies w rogu domu do podlogi. Po rozebraniu tego okazalo sie ze w srodku byly zwloki malego dziecka zawiniete w gazety.
Zadzwonili na policje, i wiadomo, sledztwo itp.
Dopiero po pogrzebie tego dziecka placze ustaly...

Inną niewyjasnioną sprawą jest dla mnie pewien opuszczony, okazaly dworek znajdujacy sie niedaleko moich dziadkow (miejscowosc Kozanki, powiat Łęczycki, woj Łódzkie). W czasie wojny podobno zamordowano w nim jakies siostry zakonne i od tego czasu kazdy wlasciciel (mezczyzna) tego dworku umiera. Wies znajduje sie niedaleko Łodzi, i nieraz widzialem jak bogaci łodzianie krecili sie w poblizu tego budynku z zamiarem kupna, nikt jednak nie odwazyl sie go kupic jak do tej pory.
Dworek jest przepiekny, nieraz po nim chodzilem i na prawde mi sie podobal, jednak nie odwazylbym sie na taki zakup...

Znacie podobne historie? Moze przytrafilo sie wam cos dziwnego...

     

  Łódzka piłka
Podam jeszcze kilka ciekawostek dotyczących łódzkiej piłki

Najwyższą porażkę w ostatnich latach poniosło Maro Łódź u siebie ze Startem Szczawin 0:22. Co ciekawe w Szczawinie piłkarze Maro...wygrali 4:2 !

Najgorszy bilans bramkowy i punktowy należy do LZS Stawek. Piłkarze z Stawka (nie pamiętam który sezon) nie zdobyli punktów, strzelili 6 bramek, a stracili 144. Wszystko w 14 spotkaniach .

HAS Wartkowice podczas gry w klasie okręgowej...był najpierw rezerwami Bzury Ozorków, a później Górnika Łęczyca. Pełna nazwa klubu to Hurtownia Artykułów Spożywczych Wartkowice.

W 2007 roku Sparta Dobrzelin...sprzedała swoje boisko GKS Bedlno. Gracze z Dobrzelina opłacają rozpadający się obiekt w Żychlinie. Zarówno w Dobrzelinie, jak i Żychlinie była kiedyś IV liga.

W 2007 roku murowanym kandydatem do spadku był MKS 2000 Tuszyn. Jednak w maju i czerwcu pokonali MKS Kutno, Start Brzeziny i Kolejarz Łódź. Czyli pierwszy, trzeci i czwarty zespół na koniec sezonu. Co ciekawe miasto w maju poświęciło 120 tysięcy złotych na klub.

W 2006 roku w Ksawerowie MKS Kutno do 89' przegrywał 0:2, do 92' 1:2, ostatecznie zwyciężając 3:2!

W Piątku znajduje się środek Polski, w tej wsi istnieje klub Malina, który wziął nazwę od małej rzeczki. Podobna sytuacja z Pisią Zygry - Pisia to rzeka. Nazwy śmieszne?

HAS Wartkowice w 2004 roku powinien opuścić szeregi klasy okręgowej, jednak ŁZPN postanowił...degradować Pogoń Rogów! Przyczyną było to, że uwaga! w Rogowie nie było 100 miejsc siedzących. Pseudodziałacze chyba nigdy nie byli na kartoflisku w Rosanowie, czy Uniejowie... Choć w Rogowie rewelacji również nie ma.

W 80 osobowej wsi mamy...derby! Jest to Wulka Lesiewska koło Białej Rawskiej, w której rywalizują Lesiew i Wulkan .

Najdalszą odległość na mecz ligowy muszą pokonać Pilica Przedbórz i MKS Kutno. Są to około 3-4 godziny dość szybkiej jazdy. A więc woj. łódzkie nie jest wcale duże...

W 2004 roku miał odbyć się mecz pomiędzy Spartą Dobrzelin a Nerem Poddębice. Uwaga! gospodarze pomylili godziny spotkania! Piłkarze z Poddębic przejechali około 60 km na mecz i...gospodarzy nie zobaczyli.

W 2004 roku Sparta Dobrzelin pojechała do Koluszek. Po 8' przegrywali 0:4 i zeszli z boiska!
W 2007 roku GKS Bedlno po 14' przegrywało z Zawiszą Rzgów u siebie 0:5 i podobnie jak Sparta opuścili plac gry. Piłkarze ze Rzgowa przejechali ok. 100 km.

W 2004 roku Zawisza Rzgów pokonał MKS Kutno 8:0 w spotkaniu ligowym, co ciekawe dwa lata później MKS wyprzedził Zawiszę 1 punktem i awansował do IV ligi.

Piłkarze LKS Czarnocin zostali zasponsorowani przez PSL ! Grają w koszulkach z zieloną kończynką!

Płatne bilety w okręgówce? Żadna nowość. Ciekawie wygląda to w Różycy. Boisko niemal na polu, a normalny bilet kosztował kiedyś 10 zł ! Kpina. To samo w Kutnie i Brzezinach swego czasu (5 zł).

Klub z najśmieszniejszą nazwą moim zdaniem to Iskra Stolec...ma boisko tuż za jakąś stodołą.

Unia Skierniewice to klub który posiadał nazwy takie jak : Vis, VIS-KIER, później fuzja i Unia-Widok, Unia-Widok II, a teraz gra pod nazwą Vis 2007 . Ciekawe co za rok?

Jacek Krzynówek wypromował się w LZS Chrzanowice. Klub obecnie nosi nazwę Ruch i gra w klasie B. Jacek zawsze pamiętał o swym rodzimym klubie i piłkarze z Charzanowic biegają w koszulkach Bayeru Leverkusen.

W 2006 roku UKS SMS grający wtedy w V lidze posiadał...rezerwy w IV lidze ! Była to ekipa UKS SMS Bałucz.

  Zlikwidowana fabryka amfetaminy-KWP Łódź
Policjanci z Łodzi zlikwidowali laboratorium produkujące amfetaminę usytuowane w jednej ze wsi powiatu mazowieckiego. Laboratorium działało od marca 2008 roku, a kryminalni szacują, że przez ten czas "chemicy" mogli wyprodukować nawet kilkaset kilogramów amfetaminy, która za pośrednictwem kurierów trafiła na polski rynek. W likwidacji laboratorium łódzkich kryminalnych wspierali policjanci z warszawskiego Centralnego Biura Śledczego i funkcjonariusze z Wołomina.
Na ślad laboratorium policjanci wpadli w czerwcu 2008 roku. Wtedy to rozpracowywali nową siatkę dilerów, która działała na terenie województw łódzkiego, mazowieckiego i wielkopolskiego. Jako pierwsi w ręce stróżów prawa wpadli dwaj mężczyźni z Żyrardowa i Ostrowa Wielkopolskiego i jedna kobieta - mieszkanka Łasku. Dilerzy jechali mercedesem i zatrzymali się na krótki odpoczynek w powiecie mazowieckim - wówczas zostali zatrzymani przez kryminalnych. W samochodzie w damskiej torebce policjanci znaleźli ponad 2 kilogramy amfetaminy. Handlarze narkotyków usłyszeli zarzuty wprowadzania do obrotu znacznych ilości środków odurzających, za co grozi kara pozbawienia wolności nawet do 10 lat.

W ślad za nimi, wpadł kolejny diler - mieszkaniec Zduńskiej Woli. Przedstawiono mu takie same zarzuty i podobnie jak zatrzymana wcześniej trójka został tymczasowo aresztowany.

Po zatrzymaniach dilerów policjanci skupili się na dotarciu do laboratorium produkującego "białą śmierć". Dzięki pracy operacyjnej ustalono, że laboratorium "rozkręcił" 29-letni mieszkaniec Wołomina. Mężczyzna w marcu opuścił więzienie, gdzie odsiadywał wyrok za rozboje, a konkretnie napady na tiry metodą "na policjanta". Po odbyciu kary wyszedł na wolność i postanowił się "przebranżowić". W domu swojego 60-letniego znajomego usytuowanym w lesie na skraju odludnej wsi w gminie Radzymin zgromadził sprzęt i komponenty do produkcji amfetaminy, a następnie uruchomił proces technologiczny. "Namierzenie" laboratorium zajęło kryminalnym kilka tygodni i zostało zwieńczone sukcesem.

W wołomińskim mieszkaniu policjanci zatrzymali 29-letniego bossa narkotykowej siatki. Następnie łódzcy antyterroryści przypuścili szturm na posesję w gminie Radzymin. Po sforsowaniu ogrodzenia, wyłamaniu krat w oknach weszli do środka i przeszukali szczegółowo pomieszczenia. W powietrzu unosił się duszący zapach odczynników chemicznych, a w garażu policjanci odkryli 5 linii technologicznych, z których każda mogła jednorazowo wyprodukować około 20 kilogramów amfetaminy. Zabezpieczono także duże ilości prekursorów służących do produkcji tego narkotyku, a także polską i obcą walutę, złotą biżuterię i sprzęt RTV.

29-letni organizator narkotykowego biznesu został przewieziony do Łodzi i osadzony w policyjnym areszcie. Decyzją Prokuratury Okręgowej w Łodzi przedstawiono mu zarzuty wytwarzania i wprowadzania do obrotu znacznej ilości środków odurzających. Dzisiaj o jego dalszym losie zadecyduje sąd. Sprawa jest rozwojowa i kryminalni zapowiadają kolejne zatrzymania

  Historia komputerów i nie tylko...
"CRN Polska rozmawia z Jackiem Karpińskim, konstruktorem pierwszego polskiego minikomputera K-202.

CRN: W początkach lat 70. skonstruował pan pierwszy polski minikomputer - K-202, maszynę, która wyprzedzała epokę i biła na głowę wszystkie ówczesne konstrukcje. Wie o tym każdy, kto otarł się o informatykę. Znana jest także historia prześladowań - bo tak przecież trzeba to nazwać - jakich doznał pan w PRL. Dlaczego jednak dziś, żeby dotrzeć do fenomenalnego konstruktora, muszę odwoływać się do pomocy Stefana Bratkowskiego? Gdyby nie informacja, że jesteście panowie przyjaciółmi, w żaden sposób nie odnalazłbym pana w mieszkaniu we Wrocławiu.

Jacek Karpiński: To bardzo długa historia. Kiedy w 1980 roku do mojego gospodarstwa na Mazurach pozjeżdżali się nagle dziennikarze, pewna pani z telewizji zapytała, co mi strzeliło do głowy, żeby na zapadłej wsi hodować świnie. Odpowiedziałem, że wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.
Potem to poszło w Polskiej Kronice Filmowej! Po prostu zrobiono mi strasznie dużo świństw.

CRN: W PRL nie chciano ani pana, ani pana komputera. Dlatego w 1978 roku wyniósł się pan pod Olsztyn, żeby hodować świnie i kury. Na początku lat 80. dużo pisano o tym w prasie. Ja jednak pytam o dzień dzisiejszy. Przecież po roku 1990 próbował pan uruchomić produkcję skanerów, kas fiskalnych.

Jacek Karpiński: Próbowałem, ale się nie udało. Tylko po części dlatego, że nie mam głowy do interesów. Próbę produkcji mojego Pen-Readera udaremnił bank BRE, w którym wziąłem kredyt. W rezultacie straciłem dom w podwarszawskim Aninie. Mój zakład pod Mińskiem Mazowieckim, który miał produkować kasy fiskalne, zwyczajnie rozkradziono. Policja nigdy nie trafiła na ślady
złodziei. Próby nawiązania współpracy w produkcji moich kas z Libellą i Apatorem zakończyły się fiaskiem. Libella pozbyła się mnie, jak tylko zorganizowałem zakład i uruchomiłem produkcję. Apator dokumentnie spieprzył mój projekt. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że mam zamiar się poddać.

CRN: Stefan Bratkowski jest pełen podziwu dla pana wielkiej odporności.

Jacek Karpiński: Jako młody chłopak sporo przeszedłem. Musiałem być odporny. I tak już zostało.

CRN: Zmieńmy temat i zacznijmy od początku. Pana wojenna przeszłość nie była dla władz PRL bez znaczenia. Był pan w Szarych Szeregach, batalionie "Zośka", brał pan udział w powstaniu warszawskim.

Jacek Karpiński: W powstaniu niestety tylko jeden dzień. Ale, jak pan powiedział, zacznijmy od początku.
W Szarych Szeregach zajmowaliśmy się drobnym sabotażem. Zrywaliśmy flagi, tłukliśmy szyby w niemieckich sklepach, rzucaliśmy petardy pod posterunki. Takie drobne paskudztwa robiliśmy Niemcom. Do dziś z łezką w oku wspominam, jak rozbijaliśmy szyby u Meinla. Potem wstąpiłem do Grup Szturmowych, które po śmierci "Zośki" zostały przekształcone w batalion jego imienia. Uczestniczyłem w akcji "Sieczychy", w której zginął "Zośka". Brałem też udział w wielu akcjach rozpoznawczych. Takie akcje były w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczne niż walka.

CRN: I wymagały stalowych nerwów.

Jacek Karpiński: Wymagały. Pod Celestynowem i pod Urlami brałem udział w rozpoznaniu ruchu pociągów. Przed akcją musieliśmy dokładnie znać rozkład jazdy, wiedzieć, jaka jest obstawa, mieć pojęcie o tym, jak poruszają się patrole pilnujące torów. Na rozpoznanie nie wolno było brać broni ani dokumentów. Chodziło o to, żeby w razie wpadki nie uprzedzić Niemców, że coś ma się wydarzyć. Zaszyłem się w krzakach, prowadziłem notatki. W pewnym
momencie pojawiło się dwóch żandarmów. z psem. Oczywiście pies natychmiast mnie wyczuł. Zaczął ujadać, rwać się ze smyczy. Trudno opisać, co się we mnie wtedy działo. Przecież gdyby mnie znaleźli albo zastrzeliliby na miejscu, albo trafiłbym na przesłuchanie na Pawiak, co byłoby jeszcze gorsze. Mogłem tylko
czekać. Patrol był nie dalej jak dwadzieścia metrów ode mnie, gdy żandarm niespodziewanie skarcił psa i pociągnął go w inną stronę.
- Głupie bydle - powiedział. - Pewnie rwie się do jakiegoś zająca.
Miałem wtedy bardzo dużo szczęścia.
Byłem też na kilku rozpoznaniach przed likwidacją Kutschery. Pamiętam taką sytuację: siedzimy we czterech w samochodzie na Rynku Nowego Miasta. Nagle od tyłu podjeżdża do nas wanna - odkryta ciężarówka z żandarmami i ciężkim karabinem maszynowym na stojaku. Stanęli obok, wycelowali w nas. cholera!
Naszym kierowcą i dowódcą był "Miki"-"Sem", kapitalny facet, bardzo opanowany.
- Panowie - powiedział - spokój. Uśmiechamy się.
I zaczęliśmy się uśmiechać. Niemcy celują, a my siedzimy i uśmiechamy się do nich, jak gdyby nigdy nic. I niech pan sobie wyobrazi, że po paru minutach odjechali! Ale cośmy wtedy przeżyli, to nasze! W czasie walki nie ma takich stresów. Do dziś pamiętam to paskudne uczucie.

CRN: I nie wziął pan udziału w powstaniu?

Jacek Karpiński: Zostałem ranny już pierwszej nocy. I na tym się skończyło. 1 sierpnia przewoziliśmy broń z dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Magazyn był u mnie w domu, na Obserwatorów 22. Na kilka godzin przed powstaniem wydano rozkaz kompletnego przemeblowania oddziałów. To było zupełnie idiotyczne, potwornie głupie. Byłem dowódcą sekcji, rozkaz przyszedł o dwunastej.
Ściągnęliśmy ze wsi jakąś furę, załadowaliśmy broń, przykryliśmy słomą i zasuwamy - fura kłusem, my biegiem. Koło trzeciej na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej zatrzymał nas szlaban. Już zaczynała się strzelanina, Niemcy zamknęli ulicę. Fura jeszcze zdążyła przejechać, my we czterech zostaliśmy.
Wbiegliśmy do budynku na rogu. Tam był szpital i szkoła pielęgniarek. Spotkaliśmy dwudziestoosobowy oddział naszych. Sytuacja fatalna - wokół pełno Niemców, my prawie bez broni, nie ma jak uciec. Uradziliśmy, że trzeba poczekać do nocy. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Dwie pierwsze szczęśliwie
się ewakuowały. Moją, która szła jako ostatnia, Niemcy wytłukli. Ja dostałem kulę w kręgosłup. Mam ją tam niestety do dziś.

CRN: Jak udało się panu przeżyć?

Jacek Karpiński: Byłem kompletnie sparaliżowany. Lekarze wzięli mnie do szpitala, wystawili lipną kartę choroby. Potem przewieziono mnie do Pruszkowa, gdzie spotkałem moją mamę. I tak niestety ominęło mnie powstanie.

CRN: Znał pan Krzysztofa Baczyńskiego.

Jacek Karpiński: Byliśmy razem w plutonie "Alek". To był wspaniały chłopak. Sądzę, że przeczuwał, że nie przeżyje tej wojny. Podchodził do wszystkiego z dystansem, był bardzo melancholijny. Melancholijny - to dobre określenie.
Komenda Główna proponowała mu pracę w sztabie, ale on chciał do Grup Szturmowych. Powiedział, że chce być w prawdziwym wojsku. Czasem jak siedzieliśmy na dyżurze dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny i nudziliśmy się, pisaliśmy razem głupie wierszyki, on zwrotkę, ja zwrotkę. Zupełnie inne to były czasy.

CRN: Po wojnie trafił pan na Politechnikę Łódzką, potem Warszawską.

Jacek Karpiński: Nie tak prędko. Najpierw musiałem nauczyć się chodzić. Mama zabrała mnie do Krakowa, potem do Zakopanego. Chodziłem o dwóch laskach. Kiepsko mi szło to chodzenie. W 1945 roku poszedłem z bratem i przyjacielem Józiem Lityńskim w góry. Biwakowaliśmy nad Czarnym Stawem. Któregoś dnia poszedłem na grań Liliowe Turnie i wyrzuciłem jedną laskę.
- Cholera - pomyślałem - dość tego! Będę chodził o jednej.
A po jakimś czasie poszedłem na Orlą Perć i wyrzuciłem drugą.
Z Zakopanego mama zabrała mnie i brata do Radomska. Tam zrobiłem maturę.
Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie
działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego. We wrześniu 1945 roku zdałem do liceum, przerobiłem dwuletni program w ciągu roku i zdałem maturę na samych piątkach. I dopiero potem była politechnika w Łodzi, a później w Warszawie.
Naprawdę studiowałem, nie imprezowałem. Nie opuściłem ani jednego wykładu. A że miałem fenomenalną pamięć, do egzaminów wcale nie musiałem się uczyć. To, że moja przeszłość nie jest bez znaczenia, uświadomiono mi bardzo dogłębnie zaraz po studiach. Z kilku dodatkowych prac wyleciałem natychmiast, jak z procy. To były dodatkowe prace, bo przede wszystkim byłem starszym asystentem na Politechnice Warszawskiej.

CRN: W 1957 roku, jako adiunkt w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, skonstruował pan swoją pierwszą maszynę o nazwie AAH. Miała pomagać w prognozowaniu pogody.

Jacek Karpiński: I pomagała. AAH to był w pewnym sensie pomysł Józia Lityńskiego. Pracował wtedy w Państwowym Instytucie
Hydrologiczno-Meteorologicznym, w dziale długoterminowych prognoz pogody. Poskarżył się kiedyś, że strasznie przydałaby mu się maszyna do analizowania dużych zbiorów danych, obliczania całek Fouriera. No to mu zrobiłem. Na 650 lampach. Wykonywała analizy i pokazywała wyniki na ekranie. Przez dwa lata jej
używali. Według dzisiejszej terminologii to był taki wyspecjalizowany procesor, tyle że bardzo duży. Miała jakieś dwa metry na półtora!
Dwa lata później powstał AKAT-1. Stoi dziś w Muzeum Techniki w Warszawie. To było urządzenie do analizy równań różniczkowych.

CRN: Wtedy jeszcze władza ludowa nie zwracała na pana uwagi. Na początku lat 60. bez zastrzeżeń wypuszczono pana za granicę.

Jacek Karpiński: Wtedy jeszcze nauka była nauką. Ubowcy zaczęli infiltrować PAN dopiero w kilka lat później. W 1960 roku wygrałem konkurs młodych talentów techniki organizowany przez
UNESCO. Wybrano sześć osób z dwustu krajów, z których każdy przedstawiał jednego kandydata. PAN przedstawił mnie. Profesor Groszkowski bardzo doceniał moje prace. Przecież te maszyny były pierwsze na świecie! Przyjechała komisja, odbyłem z nią kilkugodzinną rozmowę. A po paru miesiącach przyszła informacja, że jestem jednym z sześciu zwycięzców. To było jak grom z
jasnego nieba! Kiedy zapytano mnie, gdzie chcę studiować, wybrałem Harvard i Massachusetts Institute of Technology.
W ciągu dwóch lat, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych, otarłem się o światowe sławy. Poznałem profesora Moore'a, Shannona11, Rossa Ashby'ego. ENIAC-a13 pokazywał mi sam John Eckert.

CRN: W Stanach wszystkie drzwi były dla pana otwarte. Kilkakrotnie proponowano panu pracę.

Jacek Karpiński: Rzeczywiście, przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas - burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu.

CRN: Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Polski? Wobec takich perspektyw?

Jacek Karpiński: Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku - wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem,
żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy. Ojciec zginął na Nanda Devi, podczas pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, w 1939 roku, brat - w Tatrach, w 1957. Zostaliśmy
tylko ja i ona. Mama była profesorem medycyny. Bardzo zaangażowała się w pracę. Na pewno nie zgodziłaby się wyjechać.

CRN: Wraca pan do Polski i w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN w roku 1964 konstruuje kolejną maszynę - Perceptron.

Jacek Karpiński: Perceptron to była właściwie sztuka dla sztuki. Chodziło mi o to, żeby pokazać, że maszyna może rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Perceptron był wyposażony w kamerę i system do analizy obrazu. Jeśli pokazało mu się na przykład trójkąt, był w stanie odnaleźć cechy charakterystyczne i zidentyfikować kształt niezależnie od tego, czy następny trójkąt, jaki mu pokazano, był mniejszy, większy czy trochę zdeformowany.

CRN: Razem z pojawieniem się Perceptronu zaczęły się kłopoty.

Jacek Karpiński: Kłopoty były już przy AAH. Najpierw zrobił się szum w prasie, potem nie wolno było o mnie pisać. Jak zrobiłem Perceptron, też zrobiło się głośno. Zaraz zaczęły do mnie przyjeżdżać delegacje z zagranicy. To była druga taka konstrukcja na świecie (coś podobnego zbudowali w Stanford, ale na innych zasadach. U mnie to była sieć neuronowa na 2 tysiącach tranzystorów). A w dyrekcji instytutu był profesor Węgrzyn, nieuk, kawał durnia, ale ubowiec. I profesor Węgrzyn nie mógł tego wszystkiego znieść. Zaczął mi robić różne świństwa, nie przyznawał środków na badania. W końcu powiedziałem "dość" i
przeniosłem się do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

CRN: E...gdzie powstał KAR-65.

Jacek Karpiński: KAR-65 zrobiłem dla profesora Pniewskiego. Chodziło o prowadzenie skomplikowanych obliczeń dotyczących cząstek elementarnych. CERN dostarczał instytutowi ogromne ilości danych, których nie było jak analizować.
Profesor Pniewski potrzebował skanera, który analizowałby fotografie zderzeń cząstek. Na rok przed moim pojawieniem się w instytucie zamówił takie urządzenie w Instytucie Badań Jądrowych, ale projekt wciąż nie był skończony. Na okrągło
coś poprawiali i poprawiali, bo skaner nie chciał działać. Pniewski zapytał więc, czy nie mógłbym tego poprawić. Popatrzyłem i odpowiedziałem, że nie ma co poprawiać, bo to jest spieprzone od samego początku. Poprawić - nie poprawię,
ale mogę zrobić nowy. Pniewski chwycił się za głowę.
- Mam czekać jeszcze rok?
- Nie - odpowiedziałem. - Zrobię panu ten skaner w trzy tygodnie.
I zrobiłem.
Ale Pniewski potrzebował jeszcze do tego skanera maszyny liczącej. Był rok 1965, Odry właściwie nie nadawały się jeszcze do użytku. Dostałem dwa pokoiki w piwnicy, sześć etatów i pieniądze na zakup komponentów. W małej ekipie było troje zdolnych inżynierów: Tadeusz Kupniewski, Andrzej Wołowski i Diana Wierzbicka.
I tak powstał KAR-65, który pracował z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę. To było wtedy strasznie dużo. Odry pracowały parę razy wolniej i były przeszło trzydziestokrotnie droższe. KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra - 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem
innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.
Swoją drogą trzeba przyznać, że profesor Pniewski wykazał się wielkim hartem ducha, bo kiedy ja pracowałem nad komputerem, on co miesiąc dostawał anonimy z pogróżkami. Życzliwi donosili, że jestem hochsztaplerem, że nic nie skonstruuję, bo w ogóle nie mam pojęcia o budowie maszyn, i że jak będzie mnie dalej trzymał
w instytucie, w końcu zastuka do niego prokurator, bo marnuje państwowe pieniądze.

CRN: Wie pan, kto pisał te anonimy?

Jacek Karpiński: Później się okazało, że między innymi profesor Węgrzyn. Pniewski przychodził do mnie po każdym takim liście, opowiadał, co w nim było napisane i pytał: - Panie Jacku, ale pan zrobi tę maszynę, prawda?
KAR-65 pracował przez następne 20 lat. Można go sobie obejrzeć w Muzeum Techniki.

CRN: Słynny K-202 powstał także u profesora Pniewskie
Jacek Karpiński: Tam powstał tylko projekt. Wymyśliłem modularną maszynę, jednostkę centralną wielkości dzisiejszego peceta, wyposażoną w pamięć stałą i operacyjną, do której można sobie doczepić 65 tysięcy modułów sterowania i wykonawczych. Coś kapitalnego na przykład dla przemysłu. U Pniewskiego jednak
zbudować komputera już się nie dało. Instytut nie mógł dać na to pieniędzy.

CRN: I tak zaczęło się chodzenie od Annasza do Kajfasza.

Jacek Karpiński: Można tak to określić. Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego - syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn - eksperta od elektroniki.
Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by już ją wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce.

CRN: Za to chcieli ją produkować Brytyjczycy.

Jacek Karpiński: Mój dobry znajomy, angielski handlowiec Howard Lord, pokazał projekt w Londynie. Tam uznano, że jest to najlepsza konstrukcja logiczna na świecie. Poproszono, żebym osobiście przedstawił założenia. I natychmiast pojawiła się propozycja produkcji.

CRN: Z której pan nie skorzystał.

Jacek Karpiński: Jak głupi, zakichany patriota, powiedziałem "dziękuję", włożyłem brytyjskie opinie do kieszeni i wróciłem do Polski. Poszedłem do Stefana Bratkowskiego i pytam, co robić? Tu nie chcą produkować, tam chcą. Ale ja chcę robić komputery w Polsce! Stefan obiecał porozmawiać z ministrem nauki profesorem Janem Kaczmarkiem. Kaczmarek przyjął mnie, uznał projekt za
interesujący i obiecał porozmawiać z Hukiem. Koniec końców okazało się, że produkować można, ale MERA ani Ministerstwo Nauki nie dadzą pieniędzy.

CRN: I wtedy Stefan Bratkowski wymyślił rozwiązanie.

Jacek Karpiński: Stefan zaproponował układ: brytyjskie pieniądze, sprzedaż i marketing - konstrukcja i produkcja w Polsce. To było dla wszystkich do przyjęcia. MERA podpisała umowę z firmami Data-Loop i MB Metals i stworzyła Zakład Mikrokomputerów. Ja zostałem kierownikiem zakładu i jednocześnie
konsultantem strony brytyjskiej.
Co prawda nawsadzali mi zaraz do tego zakładu ubowców, ale jakoś dawałem sobie z tym radę. Najpierw zaprosił mnie Jerzy Łukaszewicz, ten, który później zajmował się propagandą w KC. Wtedy był sekretarzem Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego. Zaprosił, wyraził uznanie dla mojej dziejowej misji i zaproponował mi dyrektora administracyjnego, oczywiście jeśli się zgodzę. Potem zaprosił mnie jeszcze jakiś następny towarzysz i też mi kogoś wcisnął. I tak obsadzili mi całą administrację, od dyrektorów po księgową.
Ale inżynierów na szczęście sam sobie dobierałem. Trzonem zespołu byli: Ela Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Pracowaliśmy po 12 - 15 godzin na dobę, bez nich nie byłoby możliwe wykonanie K-202 z oprogramowaniem w ciągu jednego roku. Zapał do pracy
większości zespołu był niespotykany.

CRN: I udało się panu wyprodukować 30 komputerów. Aż 30, czy tylko 30?

Jacek Karpiński: W tych okolicznościach to było chyba "aż". Prototyp robiliśmy w nieprawdopodobnym tempie - powstał w ciągu roku. Oczywiście razem z oprogramowaniem. K-202 był zbudowany na bazie systemów małej i średniej skali integracji. Pracował z prędkością miliona operacji na sekundę. Był szybszy niż pecety w
dziesięć lat później! Zastosowałem tam kompletną nowość - powiększenie pojemności pamięci przez adresowanie stronicowe. To mój wynalazek. W Londynie, na wystawie w Olimpii, stały obok siebie: brytyjski Modular One, amerykańskie maszyny i K-202 - wszystkie 16-bitowe. I wszystkie miały 64 kilo pamięci, a
K-202 - 8 mega! Wszyscy pytali, jak to zrobiłem. Odpowiadałem, że zrobiłem i, jak widać, działa. W jakiś czas później przyjechał do mnie do Warszawy konstruktor z CDC22. To była
wtedy jedna z największych amerykańskich firm komputerowych. Chciał się dowiedzieć, jak dokonałem cudu. Powiedziałem mu, żeby się domyślił, bo to bardzo proste. Myślał dwa dni - i nic. To mu w końcu powiedziałem. Potem przyjechał następny inżynier z DEC23. Też mu powiedziałem. Trzy lata później stronicowanie
było już stosowane przez wszystkich producentów i jest stosowane powszechnie do dzisiaj. Głupio, że tego nie opatentowałem.

CRN: Komputer zyskał uznanie samego Edwarda Gierka.

Jacek Karpiński: W 1971 roku wystawiłem K-202 na Targach Poznańskich. Miałem piękne, duże stoisko. Obok wystawiali 8-bitowe Odry Elwro. Gierek przyszedł do mnie z całą świtą, Jaroszewiczem, paroma ministrami. Rozmawialiśmy z kwadrans.
- No to jak? - zapytał. - Zrobicie?
- Zrobimy - odpowiedziałem. - Ale czy pomożecie?
- Pomożemy!
Do Elwro w ogóle nie podszedł. To był dla nich straszny policzek.

CRN: A w dwa lata później po pana Zakładzie Mikrokomputerów nie było już śladu.

Jacek Karpiński: Zniszczyli wszystko, cholera jasna! Zaczęła się straszna nagonka na mnie i na K-202. Straszne mi robili świństwa.
Starałem się o autonomię dla mojego zakładu. Nic z tego nie wyszło, przenieśli mnie do Instytutu Maszyn Matematycznych.
Musieli mnie zniszczyć, bo ośmieszałem i Elwro, i IMM. Elwro zatrudniało 6 tysięcy ludzi, IMM - 700. I nie potrafili zrobić żadnej przyzwoitej maszyny. Żaby jakieś robili. Można sobie jeszcze obejrzeć w Muzeum Techniki. U mnie w 1973 roku pracowało raptem 200 osób. Przecież taki Huk wydawał na Elwro miliardy złotych! I nic z tego nie wychodziło. Ja robiłem rewelacyjne maszyny za grosze. To jakie on miał wyjście? Albo mnie zamknąć, albo zamknąć Elwro.
A że i w Elwiro, i w IMM pełno było towarzyszy i ubowców, mieli odpowiednie dojścia, żeby mnie wykończyć. Ja przecież nigdy nie byłem w partii. Wszyscy wiedzieli, że jestem ustawiony bokiem. Dyrektorem Zakładu Mikrokomputerów zostałem tylko dlatego, że wymusili to Brytyjczycy. Jeszcze w 1972 roku MERA zaproponowała, żeby robić K-202 w Elwro. Miałem być ich konsultantem. Czemu nie? Po kilku dniach dowiedziałem się, że muszę do nich
napisać pismo, bo oni do mnie się nie zwrócą. Napisałem. I zaraz dostałem odpowiedź odmowną. Bardzo zabawne, prawda?
A na początku 1973 roku członkowie dyrekcji Elwro zaprosili Jaroszewicza, który był wtedy premierem i pierwszym sekretarzem, i powiedzieli: - Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim! On nas zniszczy ekonomicznie. On ma 200 osób i robi maszyny z zagranicznych części, a my zatrudniamy 6 tysięcy i
robimy z polskich. I on ma 3 tysiące zamówień, a my nie mamy żadnego. U niego to kosztuje dolary, a u nas - złotówki!
Straszne świństwo polegało na tym, że Elwro też robiło Odry z zagranicznych komponentów. Wkład dolarowy w K-202 wynosił 1800 dolarów, a w Odrę - 30 tysięcy.
To była przecież wielka maszyna i scalaków tam wchodziło od cholery. Za wszelką cenę starali się bronić własnej dupy.
Stefan [Bratkowski - przyp. red.] próbował wydeptywać różne ścieżki, ale bez skutku. Od jednego towarzysza, o ile pamiętam Werewki, zastępcy kierownika Wydziału Przemysłu w KC usłyszał, że K-202 w ogóle nie ma.
- Jest towarzyszu - zapewnił.
- Może i jest. Ale nie działa.
- Oczywiście, że działa. Przyjedźcie do Karpińskiego, to zobaczycie.
- Nie przyjadę.
- Dlaczego?
- Bo nie ma takiego komputera.
I tak to wyglądało.

CRN: A towarzysze radzieccy nie dorzucili tu swoich trzech groszy?

Jacek Karpiński: W pewnym sensie. W 1970 roku Związek Radziecki wystąpił z inicjatywą stworzenia jednego typu komputera dla całego Układu Warszawskiego.
Nazwali go RIAD - Jednolity System Maszyn Matematycznych. Zerżnęli projekt z IBM-a 360, który wtedy nadawał się już do muzeum, ale przynajmniej był dobrze oprogramowany.
Wymyślili, że w każdym kraju satelitarnym będzie produkowany jeden typ komputera. W Polsce - RIAD 30, na Węgrzech - RIAD 10, w NRD - RIAD 20, a w Moskwie - RIAD 50.
Na jesieni 1972 roku przyjechał do Polski z całą delegacją towarzysz Ławrionow, główny konstruktor RIAD-a, żeby obejrzeć K-202. Przyjechał, popatrzył i powiedział - niemożliwe! Przecież u nich taka maszyna zajmowała całą ścianę!
Pyta, czy komputer jest odporny na wstrząsy. Odpowiedziałem, że można na nim kamienie łupać.
- A jak z klimatyzacją? - bo i ich maszyny, i Odry wymagały klimatyzacji.
- Nie potrzebuje.
I wypytywał tak, aż w końcu wziąłem szklankę wody i wylałem na komputer. Nic się nie stało.
- No tak - skonstatował z uznaniem. - Ale to nie jest RIAD, prawda?
Odpowiedziałem, że nie jest.
- A można to przerobić na RIAD?
- Można. Na zasadzie emulacji. Ma teraz milion operacji na sekundę, po emulacji będzie miał tylko 300, ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y. I będzie działał na waszym oprogramowaniu.
I w rezultacie zaprosili mnie, żebym poprowadził seminarium w Moskwie.

CRN: Pojechał pan?

Jacek Karpiński: Trochę się obawiałem, bo z tymi wizytami w Moskwie to różnie w historii bywało. Niektórzy wracali stamtąd w drewnianych skrzynkach. Zgodziłem się, ale w końcu nie pojechałem. Pojechał za mnie dyrektor naukowy IMM, profesor
Andrzej Janicki. Wyjątkowa glizda. Niby był pułkownikiem lotnictwa, ale na moje oko pracował dla KGB. W każdym razie o komputerach nie miał żadnego pojęcia. Kompletne zero. I oczywiście z tego całego planu z ruskimi nic nie wyszło.
Ale przynajmniej udało mi się zrobić drakę. Wydałem kolację w pałacyku w Jabłonnie i zaprosiłem tam Ławrionowa z całą świtą, dyrekcję MERY i IMM. Nie mogli nie przyjść. I Ławrionow wzniósł tam toast "za współpracę z inżynierem Karpińskim!". Tych z Elwro i IMM szlag trafił. To była dla nich kompletna kompromitacja.

CRN: Miał pan jednak nie tylko wrogów, ale i sprzymierzeńców. Jednym z nich był ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic.

Jacek Karpiński: Wciąż byłem na czarnej liście cenzury. Nagonka zrobiła się paskudna. Szlachcic miał dobre nastawienie do rozwoju techniki. Rozumiał, co znaczy dla kraju. Bywał w moim zakładzie, był gorącym zwolennikiem produkcji K-202. MSW używało zresztą czterech moich maszyn. Z tych 30, które udało się
wyprodukować, 15 pojechało do Wielkiej Brytanii, resztę zainstalowano w Polsce, między innymi w MSW, MSZ, w Dowództwie Marynarki Wojennej, w Hucie Lenina, na uniwersytetach Warszawskim i Gdańskim. Jeden trafił do CERN. Było więc sporo
udanych zastosowań i on to bardzo doceniał. Zorganizował spotkanie Elwro, MERY, IMM, zaprosił przedstawicieli instytucji, w których działały K-202, i poprosił, żeby przedstawić wszystkie za i przeciw. Na koniec stwierdził, że przeważają pozytywne opinie i że w ciągu tygodnia podejmie ostateczną decyzję dotyczącą przyszłości mojego komputera. I w ciągu tego tygodnia przestał być ministrem.
Zaraz potem dostałem wymówienie. Zwyczajnie wywalili mnie na zbity pysk.

CRN: Pewne elementy tej historii znalazły się w książce Romana Bratnego "Lot ku ziemi".

Jacek Karpiński: Zgadza się. Roman sportretował tam między innymi dyrektora Huka. Przedstawił go jako kompletnego debila (zresztą jak najbardziej zgodnie z rzeczywistością). Oczywiście zmienił mu nazwisko. Na Łomot. Huk zorientował się, w czym rzecz, i poszedł z książką do prokuratury. Opowiadano mi później, że prokurator zapytał:
- To pan się utożsamia z tą postacią?
Huk oczywiście odpowiedział, że nie.
- No to, o co panu chodzi?
Profesora Węgrzyna też tam można znaleźć.
Jak mnie wylali, na linii produkcyjnej było następnych 200 jednostek moich maszyn. Zniszczyli je. Potem MERA przez pięć lat pracowała nad kopią K-202. W końcu ją zrobili - dwa razy wolniejszą, zawodną i niebotycznie droższą od K-202.
Zresztą próbowano kopiować K-202 i w Moskwie, ale z tego w ogóle nic nie wyszło.

CRN: Koniec końców znalazł się pan "za zesłaniu" w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki Warszawskiej.

Jacek Karpiński: Jak mnie wylali, wezwał mnie do siebie towarzysz Wrzaszczyk. Mówił, że bardzo mu przykro, że tak się to wszystko skończyło, i że ponieważ jestem świetnym fachowcem, on ma dla mnie posadę. Zaproponował, żebym został jego pełnomocnikiem i zajął się. konteneryzacją! Powiedziałem mu, że się na tym nie znam.
- To się pan pozna. Opakowania to dla Polski bardzo ważna sprawa. Pan przecież jest patriotą.
Po czterech godzinach zgodziłem się. No, skoro to ma być takie ważne dla Polski.
- Dobrze, panie ministrze - powiedziałem. - W gruncie rzeczy to jest ciekawa propozycja. Będę mógł wykorzystać mój K-202.
- Niech pan zapomni o komputerach - krzyknął Wrzaszczyk.
Na to mu powiedziałem, że w takim razie niech on zapomni o mnie.
- Odmawia pan ministrowi?
- Odmawiam.
No i dostałem wilczy bilet. Pozwolili mi tylko na wykłady w Instytucie Przemysłu Budowlanego.

CRN: Nie mógł pan również wyjechać z kraju.

Jacek Karpiński: W 1975 roku zaproponowano mi pracę konsultanta w Stanach. Instytut zgodził się na pół etatu - mogłem pracować dwa tygodnie tu, dwa tygodnie tam. Wszystko pięknie, tylko paszportu mi nie dali.
Stefan namówił mnie, żebym poszedł do towarzysza Jezierskiego. To był taki towarzysz z Wydziału Nauki KC. Poszedłem, porozmawiałem. Obiecał interweniować.
Zadzwoniłem za kilka dni - już go nie było. No, to Stefan mówi - idź do Werblana. Werblan był wtedy prawie jak Pan Bóg. Przyjął mnie w tym naszym "białym domu" z honorami, wysłuchał, obiecał pomóc i poprosił, żebym zadzwonił za tydzień.
Zadzwoniłem za tydzień, sekretarka powiedziała, żebym zadzwonił za trzy dni. Zadzwoniłem za trzy dni, usłyszałem, żebym więcej już do towarzysza Werblana nie dzwonił.
Potem rozmawiałem jeszcze z Mieciem Rakowskim. Dotarłem do niego przez przyjaciela, dyrygenta Jurka Semkowa. Jurek był kolegą ze studiów żony Miecia - Wandy Wiłkomirskiej. Rakowski obiecał zorientować się w sytuacji, ale po jakimś czasie poprosił, żebym więcej nie rozmawiał z nim o moim paszporcie. Koszmar. Po
prostu koszmar.
Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej kolegę - dyrektora od informatyki w MSW. Bardzo przyzwoity facet. Powiedział, że widział w ministerstwie moją teczkę. Na teczce było podobno napisane ręką Jaroszewicza: "Nie wydawać paszportu. Powód:
sabotażysta i dywersant gospodarczy". - Wiesz - powiedział mi - pierwszy raz w życiu widzę sabotażystę i dywersanta, który w PRL spokojnie sobie chodzi po ulicy.

CRN: I wtedy postanowił pan rzucić wszystko i wyjechać na Mazury.

Jacek Karpiński: W 1978 roku miałem już tej całej zabawy po dziurki w nosie. Wynająłem zrujnowaną chałupę pod Olsztynem i zacząłem hodować świnie i kury. Raz na tydzień jeździłem na wykłady na politechnikę, bo nie chciałem tracić ostatnich stałych dochodów. Dziennikarze znaleźli mnie tam w 1980. Pewien
znajomy robił reportaż z dyrektorem miejscowego PGR-u. Dyrektor powiedział mu, że jest tu w okolicy taki jeden dziwny facet, który przyjeżdża po karmę dla kur, ale nie wygląda na rolnika. I zaraz zleciały się gazety, telewizja.

CRN: E...i dostał pan paszport.

Jacek Karpiński: Nie tak od razu. Dużo się wtedy w kraju zmieniło. W 1981 w MERZE był konkurs na dyrektora. Ktoś zaproponował moją kandydaturę. Dostałem prawie 90 proc. głosów. Tam pracowało wtedy 1800 osób! Ale nie było zgody Ministerstwa Przemysłu. W zamian zaproponowano mi stanowisko dyrektora IMM.
Dziwna propozycja. Powiedziałem, że się zastanowię. Na wszelki wypadek zapytałem o zdanie Stefana [Bratkowskiego - przyp. red.]. Uważał, że powinienem się zgodzić, bo jeśli odmówię, pojawią się zarzuty, że nie chcę współpracować.
Zgodziłem się. Jednak na to z kolei nie wyraziło zgody KC. Zamiast dyrektora naczelnego zaproponowali, żeby został dyrektorem technicznym. Odmówiłem. Co może zdziałać dyrektor techniczny przy dyrektorze naczelnym idiocie?
I znów zaczęła się na mnie nagonka. Jakieś artykuły w prasie, wywiady z babami ze wsi, którym podobno kradłem kury. To one kradły moje kury! Brednie jakieś kompletne.
Doszedłem do wniosku, że muszę wyjechać. Atmosfera wokół mnie gęstniała z dnia na dzień. Stefan był pewny, że szykuje się coś bardzo niedobrego. Sądzę, że postanowili mnie wtedy wykończyć na amen.

CRN: Zabić?

Jacek Karpiński: Tak. Byłem bardzo niewygodny dla zbyt wielu ludzi.

CRN: Wyjechał pan do Szwajcarii, do pana Kudelskiego.

Jacek Karpiński: Poznałem Stefana [Kudelskiego - przyp. red.] w 1972 roku.
Przyjechał wtedy do Polski, oglądał K-202. Nakręciła to Polska Kronika Filmowa - "Spotkanie konstruktorów". Jak wyjeżdżał, któryś z dziennikarzy zapytał, co chciałby kupić w Polsce.
- Jacka Karpińskiego - odpowiedział.
Pracowałem u niego jako konsultant, ale dwa lata później nasze drogi się rozeszły. Stefan chciał dalej produkować sprzęt analogowy, ja namawiałem go do przejścia na technikę cyfrową. Ponieważ nie udało mi się go przekonać, stwierdziłem, że szkoda mojego czasu i jego pieniędzy.
Do spółki ze szwajcarskim matematykiem założyłem firmę - Karpiński Computer Systems. Przetrwała tylko dwa lata. Zabrakło pieniędzy na rozwój. Początek był bardzo dobry. Zrobiłem robota sterowanego głosem i pokazałem go na wystawie w Zurychu. Natychmiast znaleźli się inwestorzy. Niestety, mój wspólnik nie chciał się dzielić udziałami. Jeszcze nie zaczęliśmy nic produkować, a już zabrakło pieniędzy.
Potem zrobiłem jeszcze w Szwajcarii Pen-Readera - skaner i oprogramowanie do skanowania i czytania tekstu po jednej linijce. Też tego nie opatentowałem. Nie mam talentu do interesów.

CRN: W 1990 roku wrócił pan do Polski. To była już inna Polska niż ta, z której pan wyjeżdżał.

Jacek Karpiński: Pod pewnymi względami tak, pod innymi niekoniecznie. Zostałem doradcą ministra finansów do spraw informatyki. Współpracowałem z Balcerowiczem, Olechowskim, a następny to był już taki głupi, że serdecznie podziękowałem.
Postanowiłem produkować Pen-Readera w Polsce. Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z
rozmachem, pewnie niepotrzebnie.
Trafiłem do banku BRE. Bank powiedział, że da mi kredyt, jeśli biznesplan zostanie przygotowany przez fachowca z Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo przysłało mi jakąś panią. Wyszło na to, że potrzeba 860 tysięcy dolarów.
Zabezpieczeniem był mój dom w Aninie wyceniony na 350 tysięcy dolarów. Kredyt miał przyjść w trzech transzach. Pierwsza wynosiła 126 tysięcy dolarów.
Kupiłem maszyny, komponenty, zapożyczyłem się jeszcze u znajomych, wiedząc, że za parę tygodni przyjdzie druga, większa transza kredytu. Czekam, czekam. A pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Poszedłem do banku i pytam, kiedy będzie druga transza. A oni na to:
- A ma pan nowe zabezpieczenie?

CRN: Potraktowali dom jako zabezpieczenie tylko pierwszej transzy?

Jacek Karpiński: Nic o tym wcześniej, cholera, nie powiedzieli! Jeszcze nie zacząłem produkcji, a oni już weszli mi na konta. A że nie miałem czym płacić, zaczęli mi naliczać karne odsetki - 120 proc.! Sprzedałem Pen- -Readery wyprodukowane w Szczytnie, dostałem na konto w Banku Handlowym 30 tysięcy dolarów. Sprawdzam stan konta - pusto. BRE zabrał. Zostałem kompletnie bez pieniędzy.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie - wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę!
Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra!
Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące.
- Panowie - mówię. - Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta.
Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż.

CRN: W rezultacie stracił pan dom.

Jacek Karpiński: Sprawa kredytu w BRE ciągnęła się od 1996 do 2000 roku. W końcu wystawili mój dom przy Nawigatorów 11 na licytację. I sprzedali. za 200 tysięcy złotych! Tam była działka 2,5 tys. mkw. Jeszcze w 1996 był wyceniony na 350 tysięcy dolarów! Kupił go jakiś były policjant.
Miałem mieszkać w tym domu do kwietnia 2001 roku. W październiku 2000 roku nowy właściciel zażądał, żebym się wyprowadził. Powiedziałem, że nie będę się wyprowadzał na zimę. Komornik ustalił przecież, że mogę mieszkać do kwietnia.
Nowy właściciel nie miał co prawda wstępu do domu, ale miał za to wstęp do ogrodu. Zaczęły się świństwa. Najpierw pościnał wszystkie drzewa, potem sprowadził koparkę i rozorał wszystko tak, że nie było jak chodzić. Potem koparka uszkodziła dach. Przeprosił i obiecał, że naprawi - i w ramach tej naprawy zerwał cały dach. Siedziałem w pokoju i pracowałem. pod gołym niebem.
Jak padał deszcz, brałem parasol, a komputer przykrywałem folią. W końcu pozrywał mi koparką przewody elektryczne.
Któregoś dnia poszedłem do córki na kolację. A ten bezczelny łobuz przyjeżdża i mówi, że dom się zawalił! Rozjechał wszystko buldożerem! Wszystko zniszczył.
Całą moją bibliotekę, wszystkie pamiątki, wyposażenie domu.
Nie pamiętam, ile razy pisałem do policji, prokuratury, żeby poskromili jakoś tego łobuza. Bez odzewu. Pisałem do inspekcji budowlanej. Przyjechali dopiero wtedy, jak już z domu nic nie zostało. Przecież było wyraźnie widać, że to wszystko zrobiono ciężkim sprzętem.

CRN: W jaki sposób znalazł się pan we Wrocławiu?

Jacek Karpiński: Jak mi zabrali dom, pomieszkiwałem w Aninie. Potem wyjechałem na pół roku do Szwajcarii, żeby tam robić na zlecenie nowy skaner. To jest specjalny skaner do sprawdzania ksiąg rachunkowych. Sczytuje liczby, przesyła do komputera, gdzie są prowadzone obliczenia. Ja z synem Danielem zajmowałem się tylko konstrukcją. Sprzedaż będą prowadzić Szwajcarzy.
Kiedy wróciłem, przyjaciółka namówiła mnie na przenosiny do Wrocławia. Mam stąd bliżej do synów. Dwaj mieszkają w Szwajcarii, trzeci, Daniel, przyjechał dwa lata temu do Wrocławia. Bardzo zdolny chłopak. Tak jak ja - elektronik i
informatyk. Będziemy razem robić wersję mobilną tego skanera.

CRN: Banki dały już panu spokój?

Jacek Karpiński: Niezupełnie. Jeszcze spłacam długi. Idzie na to jedna czwarta mojej emerytury.
Kiedyś opowiedziałem to i owo o moich pracach pewnemu szwajcarskiemu biznesmenowi. Wywnioskował, że muszę być miliarderem. A ja wiążę jakoś koniec z końcem, żeby przetrwać.

CRN: Jaka jest pana recepta na kłopoty? To, przez co pan przeszedł, starczyłoby, żeby doprowadzić do załamania nie jedną, ale kilka osób. A pan wciąż nie załamuje rąk.

Jacek Karpiński: Co ja robię, jak mam kłopoty? Nic nie robię. Po prostu olewam. Moja dewiza jest bardzo prosta: martwię się, jeśli mogę coś w mojej sytuacji zmienić. Jeśli nic nie mogę zrobić, przestaję się martwić. Jeśli nic nie mogę poradzić na świństwo, po co miałbym jeszcze sam się zadręczać?

CRN: Rozmawiał Adrian Markowski, współpraca Anna Suchta
Adrian Markowski

     

  Powojenne osadnictwo w Malborku
BYŁEM ŚWIADKIEM TAMTYCH LAT

W lipcu 1945 roku zostałem skierowany przez dyrekcję Okręgową Kolei Państwowych Gdańsk do Malborka na stanowisko komendanta rejonowego Służby Ochrony Kolei. Z Gdańska do Tczewa przyjechałem pociągiem. Poniważ dalej pociągi nie kursowały, pozostałą cześć drogi odbyłem pieszo. Kiedy zbliżyłem się do Wisły, stwierdziłem, że most jest zniszczony. Zacząłem więc zastanawiać się, w jaki sposób dostać się na drugi brzeg rzeki. Wkrótce odnalazłem rybaka, który za niewielką opłatą przewoził ludzi przez Wisłę. W ten sposób raz z innymi znalazłem się w Lisewie. Dalszą drogę wraz z przygodnie spotkanymi ludźmi odbyłem pieszo. Wieczorem znalazłem się w Malborku. Tu dowiedziałem się, że istniała już SOK, której komendantem był przedwojenny podoficer Wojska Polskiego z Bydgoszczy, niejaki Panek. Po krótkiej rozmowie i okazaniu dokumentów poprosił mnie do swego mieszkania przy ul. Klonowej 13, gdzie spędziłem pierwszą noc. Następnego dnia znalazłem mieszkanie, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. Jeszcze tego samego dnia wspomniany komendant zapoznał mnie z zawiadowcą stacji – Koniecznym. Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP był pan Baśniak. Budynki stacyjne wyglądły tak samo jak dzisiaj. Pomiędzy torami leżały kupy śmieci. Za budynkiem poczty – idąc w kierunku poczty – stała duża, pokryta dachem drewniana szopa bez bocznych ścian. W niej magazynowano fortepiany i pianina, których żołnieże sowieccy pilnowali, a następnie ładowali do wagonów i wywozili w głąb Rosji. Tory kolejowe na trasie Malbork-Kwidzyn i Malbork-Myślice były rozebrane i wywiezione. Pozostały tylko podkłady. Mosty na Nogacie były wysadzone przez ustępujące wojska niemieckie. Od zwiadowcy stacji dowiedziałem się, że to on przejmował od przedstawicieli sowieckich władz wojskowych malborksą stację kolejową. Po ich odejściu poszedł do piwnicy, gdzie zauważył podłożony ogień. Znajdowało się tu dużo rzeczy łatwopalnych. Okazało się, że ogień podłozyli Rosjanie już po podpisaniu protokołu zdawczo-odbiorczego. Na szczęście ogień udało się ugasić. W przeciwnym razie stacja spaliłaby się. Jako komendant rejonowy wraz ze swoimi SOK-istami miałem obowiązek zabezpieczenia mienia kolejowego i bezpieczeństwa pasażerów na terenie powiatów: malborskiego, sztumskiego, elbląskiego i nowodworskiego. W tym czasie kursowały już pociagi z Malborka do Warszawy, Elbląga i Braniewa. Wszystkie pociągi były konwojowane przez strażników SOK. W Malborku zatrzymywało się dużo ludności niemieckiej, która po przenocowaniu na stacji, różnumi środkami komunikacji dostawała się do Tczewa, a stamtąd do Niemiec. Wśród zebranych na stacji ludzi przeważały kobiety i dzieci oraz mężczyźni a podeszłym wieku. W poczekalni SOK-iści nieraz musieli interweniować, gdyż ludność niemiecka była napastowana przez maruderów sowieckich i szabrowników. W porze wieczorowej i nocnej rozlegały się głosy gwałconych i wołających o pomoc kobiet. Wysłane tam patrole potwierdzały fakty gwałtów dokonywanych przez żołnieży sowieckich. W koszarach pełno było żołnieży, natomiast w budynkach przylegających do koszar mieszkali oficerowie, niektórzy nawet ze swoimi rodzinami. Pewnej nocy usłyszałem stukanie do swego mieszkania. Po odezwaniu się stwierdziłem, że przybysze rozmawiają ze sobą po rosyjsku. Gdy stwierdzili, że dzwonię na wartownię wzywając pomocy, oddali kilka strzałów w drzwi i szybko się oddalili. Na szczęście odbyło się bez ofiar. Przybyłemu potrolowi poleciłem spenetrować teren – ale bez rozultatu. Któregoś dnia otrzymałem meldunek, że na stacji kręci się trzech osobników: jeden w mundurze oficera WP, drugi w mundurze kolejarskim, a trzeci ubrany po cywilnemu. Okazało się, że byli to oficerowi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy przybyli w celu zorganizowania odpowiedniej placówki na PKP. Od nich dowiedziałem się, że moją osobę upatrzyli sobie na kierownika PUBP przy Oddziale Ruchowo-Handlowym w Tczewie. Obiecali, że otrzymam mieszkanie w Tczewie, stopień majora, umundurowanie i inne profity. Powiedziałem, że w tej sprawię muszę porozmawiać z żoną i udzielę odpowiedzi następnego dnia. Dzięki rozsądkowi mojej żony oddzwoniłem, że nie wyrażam zgody na objęcie promowanego mu stanowiska. Kiedy w 1949 r. Zostałem aresztowany, przypomnieli mu, że kiedy byłem mu potrzebny, odmówiłem pomocy, a teraz sam takiej potrzebuję. Swoją 6-osobową rodzinę sprowadziłem do Malborka na początku września 1945 roku. Po zakończeniu działań wojennych przez Malbork przeciągały powracające z zachodu wojska sowieckie. Przez miasto kobiety w mundurach pędziły na wschód duże ilości bydła. Wśród poganiaczy byli również żołnieże frontowi. Od nich za 10 litrów bimbru można było nabyć krowę. Zamek malborski był bardzo zniszczony i w dodatku niestrzeżony. Mógł wejść do niego każdy, kto chciał. Na dziedzińcu Zamku Średniego lażały powalone na ziemię cztery posągi wielkich mistrzów wykonane z brązu. W piwnicach zamkowych zamagazynowano wiele wartościowych przedmiotów i duże ilości alkoholu. W czasie organizowania swego biura posłałem do zamku kilku strażników po materiały kancelaryjne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast papieru przywieźli platformą konną butelki z wódką. Za wyładowaną w piwniyc wódkę, otrzymaliśmy od Rosjan krowy i inne materiały żywnościowe, które ratowały nas od głodu. W tym czasie łątwiej było o mięso niż o chleb, po który musieliśmy jeździć aż do Bydgoszczy. Z nabytymi od żołnieży sowieskich produktami nie było żadnych problemów, gdyż mieliśmy swego rzeźnika i kucharza. W późniejszym czasie otrzymywaliśmy paczki amerykańskie. Komendant MO por. Marciniak odpowiadał mi, że przechodząc kiedyś koło zamku z ktp. Koszelą usłyszali dochodzącą stamtąd kłótnię. Po zastanowieniu się postanowili wejść do środka. Mieli przy sobie brań krótką. Tu, ku ich zdziwieniu, spotkali kilkuosobową grupę ludzi, przy których leżały duże ilości złotych kielichów i innych przedmiatów sakralnych stanowiących ogniś wyposażenie kościołów. Byli to ludzie z Warszawy, którzy nie mogli dojść do porozumienia w sprawie podziału łupów. Zatrzymali oni wówczas szabrowników wraz ze zrabowanym mieniem. Sam słyszałem o tym wypadku przez radio. Mówiono wówczas, że uczciwi oficerowie przekazali owe przedmioty do Muzeum Narodowego w Warszawie. Tymczasem żcie w Malborku, do którego przyjeżdżało coraz więcej repatriantów i osadników, toczyło się dalej. W 1946 r. Zorganizowano tu pierwszy powóch pierwszomajowy. Również w dniu 3 maja miał miejsce pochód i nabożeństwo w kościele. W pochodach tych brały udział władze miejskie i partyjne. Proboszczem parafii był ks. Feliks Sawicki, wysiedlony z Wołynia. Początkowo SOK-iści i członkowie Ochoteniczej Straży Pożarnej chodzili do kościoła ze swoimi komandantami grupowo. Kiedy maszerowaliśmy do kościoła, śpiewaliśmy piosenki partyznackie, gdyż większość z nas walczyła w lasach i znała tą melodię. Za naszym oddziałem szły gromady dzieci, a nawet ludzie dorośli. Pierwsza procesja Bożego Ciała szła całą szerokością ul. Kościuszki. Procejsę prowadził ks. proboszcz Feliks Sawiski, w otoczeniu oficerów WP i kolejarzy. Lecz później, po przysłaniu do naszych jednostek “politrunków”, zabroniono nam chodzić grupowo do kościoła.
MOJE HOBBY ZAPROWADZIŁO MNIE DO MALBORKA

Rankiem 19 kwietnia stanałem na tczewskim brzegu Wisły, by popatrzeć na jej nurt, bo jak wilka ciągnie do lasu, tak mnie zawsze ciągnęło nad wodę. Na lewo od zburzonego mostu kolejowego pracował prom, obsługiwany przez wojskową ekipę radziecką. Promem przeprawiały się to w jedną, to w druga stronę tabory wosjkowe, różnego radzaju pojazdy armii radzieckiej. Z rzadka trafiali się cywile, więc i mnie naszła chętka przeprawienia się na drugą stronę. Nieskrępowany większym bagażem, przez nikogo nie indagowany, a również sam nikogo nie pytając o pozwolenie, wcisnąłem się pomiędzy pojazdy ustawione na promiei popłynąłem za Wisłę. Pierwszy raz w życiu stanąłem na tamtym brzegu i jakby nic, wraz ze sznurem pojazdów i grupką milczących cywilów, skierowałem się w stronę wału. Bez większego wrażenia minąłem leżącego trupa starszej kobiety, porozbijane pakunki, walające się różnego rodzaju naczynia, połamane wózki, porzucone, rozdarte walizki. Za wałem pojazdy i ludzie rozpłynęli się, wszystko podążało gdzieś w swoim kierunku, ucichły nawoływania żołnieży, zagubił się warkot silników, grupka cywilów skierowała spieszne kroki w sobie wiadomum kierunku – i zostałem sam na bruku Lisewa. Że to było Lisewo jeszcze nie wiedziałem, dopiero później zauważyłem napis “Lissenau”. Przeszedłem całą wieś, nigdzie żywego ducha, gdzieś w oddali sylwetka człowieka. Instynktownie skierowałem się do budynku, w którym przeczuwwałem szkołę. W klasach porozrzucane, zdekompletowane długie czarne ławy, w jednej z głównych sal sporo narzędzi do zajęć praktyczno-technicznych. Zdjąłem z siebie jesionkę, zabrałem się do zbierania narzędzi i ich układania w szafie. Obszedłem inne sale, zajrzałem do izb mieszkalnych z pełnym, ale pozostawionym w nieładzie umeblowaniem, ze stołami zastawionymi kompletem brudnych naczyń i niedojedzonych potraw. Na podłodze baterie opakowań szklanych, zakrzepłe plamy rozlanych płynów, resztki odzieży itp., a przed progiem u wyjścia na podwórze zabita, wzdęta, z wyciętym pośladkiem – wielka krowa. Ostatni obrazek zniechęcił mnie do dalszej penetracji i dałem się w dalszą drogę. Natknąłem się na drogowskaz z napisem “nach Marienburg 18 km”. Napis ten przypominał mi sceny o Jurandzie, Danusi, o zamku z “Krzyżaków”, a także o 18 km. Prawie błyskawicznie powstało postanowienie: - co mi to szkodzi zobaczyć ten Marienburg. Pogoda była możliwa, deszcz nie padał, nogi dość silne więc w drogę. /.../ Doszedłem do Kałdowa, które jest mieszaniną swych różnorakich zabudowań – pustką pootwieranych drzwi i okien, nieładem i zaśmieceniem ponad miarę – nikorzystnie się prezentowało. Wstępiłem w obejście szkoły przy obecnej ul. Głównej, obszedłem klasy na parterze, z kolei udałem się na pierwsze piętro. W załomie schodów tkwiło zwalone, czarne pianino. Widocznie stoczyło się ze schodów, na zakręcie wbiło się swym ciężarem między barierę a ścianę – i tak pozostało. Było już późne popołudnie, gdy stanąłem nad Nogatem, z widokiem na zamek. Drewnianym mostem (był nieco inny niż obecny) pierwszy raz w życiu przechodziłem przez Nogat. Z lewej strony szerzyły się zęby zniszczone konstrukcje mostu kolejowego i mostu kołowego, na prawo od zamku wyciągały ramiona kikuty kominów i fragmenty scian po zburzonych budynkach Starego Miasta, a dalej w prawo dumna jak i dzisiaj – czerwieniła się znana wszystkim wieża ciśnień. Zamek od stronu Nogatu nie wykazywał bardziej widocznych zniszczeń. Czerwień ścian i dachów jego zabudowań, murów obronnychm budowli Starego Miasta, Gmach MRN stwarzał jakieś swoiste charakterystyczne uczucie smutku i przytłoczenia. Widok zamku od strony głównego wejścia, a szczególnie poszczerbione mury od strony południowo-wschodniej, olbrzymie wyrwy, odsłaniające fragmenty wnętrz pomieszczeń zamkowych, zniszczona wieża Zamku Wysokiego, rozbita kaplica i postrać Chrystusa, rozpiętego na ramionach wielkiego krzyża, umieszczonego na bocznej ścianie kaplicy zamkowej, a u dołu wraki rozbitych pojazdów, dział samobieżnych i czołgów pierścieniem okalających zamek – potęgowały uczucie smutku i przygnębienia. Ten niesamowity widok oraz cisza zalegająca wokół, stwarzały nastrój powagi, zmuszały do zatrzymania się i dokonania próby odtworzenia scen, jakie się w tym miejscu rozegrały. Nie pamiętam, gdzie spędziłem pierwszą noc w Malborku. Przypominam sobie, że wszedłem do jakiegoś mniej okazałego domu i prawdopodobnie na jednej z górnych kondygnacji, w mieszkaniu z pełnym wyposażeniem zatarasowałem drzwi wejściowe i na jakiejś leżance zasnąłem. Następnego dnia znalzałem się na obecnej ul. Grunwaldzkiej, gdzie w pomieszczeniach dzisiejszego narożnego sklepu spożywczego już istniała pierwsza w Malborku stołówka dla grupy Polaków, którzy rozpoczęli pracę nad organizowaniem władzy ludowej i odbudową normalnego życia. Tego samego dnia jako sekretarz Urzędu Ziemskiego zająłem się orgaznizowaniem kancelarii, ściągniem materiałów i przyborów piśmiennych, załatwianiem korespondencji i wypisywaniem zaświadczeń na przydział działek rolnych i ogródków działkowych. Kierownikiem tej placówki był ciągle pykający fajkę inż. Edmund Chełchowski, a sprawy finansowe prowadził nieżyjący już dziś pan Wiech. Wykonany przeze mnie szyld “Urząd Ziemski w Malborku” wywołał gorącą dyskusję wokoło pisowni końcówki w nazwie “Malbork” czy “Malborg” i przez długi czas jedni pisali przez “k” inni, których w pewnym okresie było nawet więcej, pisali przez “g”, co uwidaczniały niektóre pieczęcie urzędowe. /.../ My, Polacym, mieliśmy dwucześciowe legitymacje przepustki, wydane z jednej strony w jezyku polskim z podpisem i pieczątką Pełnomocnika Rządu RP, a z drugiej w języku rosyjskim z podpisame i pieczątką “Komendanta Marienburg”. Na rękawach jedni nosili opaski biało-czerwone, inni czerwone. Od czasu do czasu zachodziałem nad Nogat, by znalezionymi wędkami popróbować szczęścia. I rzeczywiście szczęście dopisywało. Takiej rybnej wody, jaką był Nogat w pierwszych latach powojennych, jeszcze w swoim życiu nie wiedziałem. W pierwszych dniach maja 1945 roku do Malborka zaczęły napływać transporty repatriantów, a również coraz więcej przybywało rodzin niemieckich z powojennej wędrówki. Malbork ożywił się. Dzieci w Malborku przybywało, więc z końcem maja 1945 roku opusciałem Urzęd Ziemski i przystąpiłem do organizowania szkoły. Do pracy wykorzystywano również obywateli niemieckich. Miejscem zbiórki każdego ranka był teren obecnego lodowiska i placu targowego (wówczas strzelnica) i właśnie na tym terenie z rozkazu władz zbierali się Niemcy obojga płci i stąd byli zabierani do pracy. Codziennie rano chodziłem na plac apelowy, gdzie wyznaczano mi kilka kobiet niemieckich do pracy. Prowadziłem je do budynku obecnego Liceum Ogólnokształcącego i rozpoczynałem sprzątanie, wstawianie szyb, ustawianie ławek, naprawę tabloc, gromadzenie kredy. W widocznych miejscach naszego obecnego śródmieścia rozwiesiłem następujące ogłoszenie '...'. Nauka rozpoczęła się 11 czerwca 1945 roku i trwała do 19 lipca tego roku. Szkoła posiadała trzy klasy i była pierwszą polską placówką oświatową po długich latach niewoli. Nowy rok szkolny 1945/46 rozpoczął się 5 września 1945 roku w uprzednio przygotowanym do zajęć budynku dawnej szkoły poszechnej ul. Żeromskiego 45.

MOJE WSPOMNIENIA ZE STACJI PKP MALBORK

Po wyzwoleniu Malborka przez wojska radzieckie w marcu 1945 roku i po ustaniu działań wojennych mosty na rzece Nogat i Wiśle były zerwane, a stacja kolejowa powaznie zdewastowana. Czynne były tylko dwie linie kolejowe na odcinkach: Iława-Malbork i Malbork-Elbląg. Stacja została obsadzona przez kolejowe oddziały wojsk radzieckich. Już w kwietniu 1945 roku przybyła tutaj polska kompania SOK w ilości 180 ludzi, która zaczęla ochraniać ważne obiekty kolejowe przed dalszą dewastacją. Dowódcą kompanii był ob. Panek , a większość strażników wywodziła sie z danych partyzantów i członków ruchu oporu z województwa kieleckiego i łódzkiego. Byli to ludzie odważni i zdyscyplinowani, którzy z czasem przeszli do innych służ, a wielu z nich do dziś pracuje na PKP w Malborku. 31 maja 1945 roku przybyła do Malborka pierwsza grupa pracowników służby ruchu, skierowana z Tczewa pociągiem przez Smętnewo-Prabuty na polecenia DOKP Gdańsk. Dyrekcja urzędowała w tym czasie w Bydgoszczy. Wtedy w budynku stacyjnym na piętrze urzędował już pierwszy zawiadowca stacji Władysław Konieczny, mianowany przez DOKP. Mieszkał tutaj z rodziną. W grupie pierwszej znajdowali się .... . Umieszczono nas w starej noclegowni na piętrze. Byłą to pora ciepła, więc każdy na słomie się przespał. Następnego dnia została wyznaczona służba. Podzielono nas na trzy zmiany i przydzielono jako podwójną obsadę do kolejarzy radzieckich. Przez cały pierwszy tydzień zapowiadano pociągi po łączności selektorowej w języku rosyjskim. Linie kolejowe z Malborka przez myślice do Olsztyna i Malborka do Torunia przez Grudziądz były rozebrane. Kursowały tylko pociągi wojskowe w kształcie podkowy: Iława-Malbork-Elbląg i z powrotem. Na liniach tych czynne były tylko cztery stacje: Iława-Prabuty-Malbork-Elbląg. 7 czerwca 1945 roku, stacja Malbork została przekazona przez wojska radzieckie władzy polskiej, tj. PKP. Jakie były wtedy warunki pracy i płacy, łątwo sobie wyobrazić. W nocy z 6 czerwca na 7 czerwca wojska Kolei Radzieckich spaliły celowo pomieszczenia w budynku naprzeciw koszar., gdzie mieściły się telegraf i telefony i odjechały rano w kierunku Elbląga. Pozostała tylko łączność za pomocną pisemnych zgłoszeń. Nieczynne były semafory i rozjazdy. W zdewastowanych nastawniach iglice przekładano za pomocą łomów. Byliśmy bez żadenj łączności telefonicznej i telegrafiznej przez cały czerwiec 1945 roku. Pociągi kursowały abrdzo rzadko w umówionych odstępach dwóch godzin. Szybkość ich wynosiła od 15-20 km/h. Brak było kompletnie urządzeń zabezpieczających ruch pociągów. Nie były czynne semafory wyjazdowe i wjazdowe. Pociągi wjeżdzały na rozkazy szczególne. Brak było nawet przeciwwag do rozjazdów, które pracownicy przekładali łomami, każdą iglice oddzielnie. Cała zmiana poracowników służby ruchu mieściła się na parterze nastawni MB, a po każdy pociąg trzeba było wychodzić do pierwszej zwrotnicy wjazdowej, skąd pracownik pilotował go pomału na stację. W mieście i na stacji brak było prądu, gazu i wody. Czynna była tylko jedna studnia w obrębie stacji, od strony alei Wojska Polskiego, w ogrodach budynku PKP, gdzie czekały długie kolejki ludzi po wode pitną. Nocne służby organizowaliśmyprzy latarniach stajennych i przy lampach karbidowych, które pracownicy przywieźli ze sobą, a beczkę karbidu znaleźliśmy w piwnicy stacyjnego budynku, któego wygląd był opłakany. Wszędzie brak było szyb, w wiatr hulał, robiąc przeciągi. Pomieszczenia poczekalni były przepełnione ludźmi, zwłaszcza Niemcami i autochtonami, którzy wracali z ucieczek na swoje miejsca. Na ulicy Kościuszki był zwał gruzów od obecnego sklepu rybnego przez całą ulicę na wysokości kilku metrów. Sklepy i punkty usługowe nie były czynne. W mieście można było zauważyć od czasu do czasu szabrowników, którzy, co tylko dało się “zorganizować”, zwozili do zajmowanych mieszkań. W pierwszym okresie brakowało zwłaszcza chelba, mąki, mięsa, cukru, tip., tj. podstawowych poroduktów potrzebnych do życia. W powietrzu unosił się zaduch rozkładanych ciał, które można było znaleźć w zakamarkach miasta i parku. Większość całych domów na przedmieściu Piaski I i ulic od Cukrowni do Nowej Wsi oraz ul. Grunwaldzka zajęte były przez wojska radzieckie. Po dwóch tygodniach pobytu 14 czerwca 1945 roku my, pracownicy stacji, zameldowaliśmy się w Komendzie Miasta, gdzie otrzymaliśmy dowód zameldowania w języku polsko-rosyjskim. Kolejarze więc byli jednymi z pierwszych, którzy przybyli do malborka. Przed nami były już wyładowane trzy transporty repatriantów w województwa wołyńskiego, którzy zajęli przeważnie budynki gospodarcze na przedmieściach Malborka. Od nich właśnie kupowaliśmy mleko, które było bardzo potrzbne dla nas i dla dzieci. Jeden z transportów repatriantów stał na przeciw Parowozowni Malbork i nie chciał się wyładować, uważając, że są to tereny niebezpieczne. Wybuchła tam epidemia tyfusu, przez co tory od 101-117 są nazywane do dzisiaj “tyfusem”, bo wtedy pracownicy nie wiedzieli jak nazwać te tory. Potem, po usilnych zabiegach wyładowali sie wreszcie z wagonów. Na niektórych torach stacji Malbork były wyrwy do 20-50 cm u przejazd, zwłaszcza po bocznych torach był bardzo utrudniony i niebezpieczny. W czerwcu razem z trzema pracownikami ruchu zająłem wolne mieszkanie przy ul. Wiosennej 21. Na dowód zajęcia mieszkania wywiesiliśmy flagę polską i na drzwiach kartkę z napisem: “mieszkanie zajęte...” W lipcu przyjechała grupa przydzielonych 20 pracowników, którzy obsadzili kasy: towarową, stacyjną i biletową. W sierpiniu ruszyły pierwsze pociągi pasażerskie z tzw. “towosków”, tj. Wagonów towarowych tymczasowow przydzielonych do przewozu podróznych. W miesiącu lipcu 1945 roku łącznościwocy PKP doprowadzili wreszcie łączność telefoniczną pociągową z Prabutami i Iławą po jednym przewodzie, co dało możłiwość porozumienia się w sprawach pociągów. Jeszcze nadal brak było żywności i sklepów. Pierwszym kierownikiem biura personalnego na stacj ibył Leon Kraiński, a zaopatrzeniowcem Ignacy Drumiński. W Parozowni Malbork maszyniści urychomili dwa stare parowozy typu belgijskiego i austriackiego, które zaczęły pracowac przy przetkoach. Bufet stacyjny objęła rodzina Walenciaków, która częściowo zaspokajała potrzeby podróżnych w tych trudnych czasach. Powstawiano szyby w oknach i na zimę 1945/46 budynek stacyjny był oszklony. Służba zabezpieczenia, która w międzyczasie się zorganizowała, zaczęła działać. Podłączyła głównie rozjazdy na obsługę ręczną, nie uzalezniona jeszcze od semaforów, a dyżurnego ruchu przeniesiono na peron trzeci, zaprowadzając połączenia telefoniczne na posterunki, co miało dać możliwość kierowania ruchem po torach głównych stacji... Dużą pomoca dla pracowników kolejowych była stołówka kolejowa przy ul. Dworcowej, gdzie za drobną opłatą można było kupić obiad lub talerz ciepłej zupy. Na zimę w październiku lub listopadzie 1945 roku, podłączono na stacji wodę miejską, co poważnie ułatwiło nam pracę. W odbudowie zniszczonych urządzeń zabezpiczających wyróżnili się tacy pracownicy służby zabezpieczeniach ruchu. Włożyli oni dużo pracy, aby zniszczone urządzenia najpierw przsytosować do obsługi ręcznej według tablic kluczowych, skrzyń i bloków zabezpieczających, a następnie do uruchomienia zastawni mechanicznej oraz urządzenia elektryczne, co dało możliwość zwiększenia biegu pociągów z 20 km/godz. do 80 km/godz. Zwiększyła się też ilość kursujących pociągów, co poprawiło zaopatrzenie miasta i powiatu w niezbędne artykuły potrzebne do odbudowy. Oddano wreszcie w roku 1947 most na rzece Nogat, co prawda tylko jednotorowy z dostaw UNRRA. Przedłużono zatem kursowanie pociągów do Lisewa, a przez Wisłę nadal przejeżdżano promem. Odbudowano dwie linie kolejowe: Malbork-Myślice-Olsztyn i Malbork-Toruń przez Grudziądz. Kolejarze stacji Malbork w roku 1946 zaczęli sprowadzać rodziny i życie zaczęło się normować...

LATA MINIONE

Wiosną 1945 roku po całkowitym zakończeniu działań II Wojny Światowej droga do Malborka prowadziła mnie przez miasto Tczew. Rzekę Wisłę przepłynąłem prowizorycznym drewnianym promem, ciągnionym żelazną liną przez czterech bardzo silnych mężczyzn. Dalszą 18 km drogę z Lisewa do Malborka odbyłem piechotą z walizką w ręku. Żadne bowiem pociągi na tym odcinku drogi nie kursowały w tym czasie, a to z powodu zburzonych mostów kolejowych i miejscami zerwanych torów. Inne środki komunikacji z Tczewa do Malborka nie istniały w ogóle. Przemierzając tę trasę krok za krokim, ze sumtkiem spoglądałem na napotykane po drodze wisoki, w których jakby wygasło życie. Wszędzie panoszyły się bujnie rosnące na polach chwasty. Gdzieniegdzie mijałem zepchnięte z drogi zniszczone czołgi pozostawione przez uciekające wojska niemieckie. Szedłem bez wypoczynku, aby jak najprędzej znaleźć sie w wyzwolonym Malborku. Zatrzymałem się dopiero, gdy stanąłempo raz pierwszy w swoim życiu nad rzeką Nogat, którą z trudnością poznałem, przechodząc ostrożnie po kładkach zbitych z desek i chwiejących się. Wchodząc do Malborka od strony Kałdowa, ujrzałem leżące w gruzach dawne zabudowania Starego Miasta, zniszczone w wyniku działań wojennych. Rozpoznałem tylko poważnie uszkodzony ratusz, w którym mieścił się dawny niemiecki magistrat, zamek malborski i mniej uszkodzony kościół św. Jana. Malbork z zamkiem krzyżackiem znałem tylko z historii, toteż mimo zmęczenia długą pieszą podróżą, w samym dniu wstąpiłem do zamku. Kiedy już przekroczyłem zwodzony most drewniany i stanąłem w bramie osłaniającej dziedziniec zamkowy, omal nie cofnąłem się z przerażenia. Na dziedzińcu zobaczyłem okazałej wielkości posągi byłych cesarzy i wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego butnie spoglądających, jakby zagradzającymi mi wstęp do zamku. Za chwilę strach minał, gdyz przyglądając się tym postaciom bliżej, zauważyłem, że są one podziurawione strzałami z karabinów. Będą już pewniejszym siebie, poszedłem obejrzeć stojącą otworem Salę Rycerską. Dalsze zwiedzanie komnat zamkowych uniemożliwiały zwały gruzów i grożące życiu niebezpieczeńśtwo. Po paru tygodniach po raz drugi w życiu stanąłem na dziedzieńcu zamku malborskiego, ale już twardą stopą i z wielką dumną narodową, bo brałem udział w uroczystym zawieszeniu na tym gmachu historycznego Godał Polskiego na północnej wewnętrzenej ścianie od strony dziedzińca. Nie dostrzegłem już wówczas wspomnianych posągów cesarzy i wielkich mistrzów – władców tego zamku. Musieli oni opuścić swój posterunek w nadnogackiej twierdzy. Wartę w tym miejscu trzymała teraz honorowa kompania Wojska Polskiego, przybyła na historyczną uroczystość zawieszenia Godła Polskiego – Białego Orła. Nawiązując do wspomnień pierwszego dnia pobytu w Malborku, poważnie zastanawiałem się wieczirem, gdzie znajdę nocleg. Dowiedziałem sie, że działa już Państwowy Urząd Repatriacyjny, więc udałem się do niego. Tam zapewniono mi nie tylko nocleg, ale i niezłe, jak na te czasy, wyżywienie. Drugiego dnia z samego rana skierowłem swe kroki do miasta, aby zwiedzić śródmieście, gdzie zobaczyłem większość budynków zniszczonych. Chodziłem środkiem jezdni, gdy ze sterczących zębów ścian i walących się kominów spadały zwały cegły, co zagrażało życiu. Na zburzonych sklepach poniemieckich i cmentarnych nagrobkach rzucało się wiele nazwisk o brzmieniu polskim. Nie można było spotkac ludzi poza osobami wojskowymi. Napotkani miejscowi mieszkańcy zwracają się twarzą do mnie, mówili “gut morgen”, a niektórzy podnosili rękę do góry, jak im wpajano na “Heil Hitler”. Jednakże orientując się, że mają do czynienia z nowymi gospodarzami taj ziemi, szybko opuszczali rękę do dołu. Rozglądają się za ewentualnym mieszkaniem, napotkałem w dzielnicy Wielbark mały domek przy ul. Polnej, juz oszabrowany. Do domku tego sprowadziałem niebawem swą rodziną i zamieszkałem w nim na stałe. W domku tym nie było żadnych urządzeń wodociągowych, elektrycznych i gazowych . Wodę zmuszony byłem czerpać ze studni oddalonej o cały kilometr od miejsca swojego zamieszkania. Aby zapownić sobie i rodzinie jakieś znośne warunki bytowe, udałem się do ówczesnego Starostwa Powiatowego, oferując swą pracę. W tym czasie było bardzo mało chętnych do pracy, gdyż część przybyłych na te tereny wolała szbrować i trudnić się spekulacją, co przynosiło znacznie lepsze korzyści. Urzędujący w tym czasie starosta powiatowy Augustyn Szpręga przyjął mnie bardzo życzliwie i z wielkim zadowoleniem, oświadczając, że nie mamy jeszcze nalezycie zorganizowanego Urzędu stanu Cywilnego. Skutek jest taki, że noworodki nie mają sporządzonych aktów urodzeń, narzeczeni czekają na swe śluby, a zwłoki chowa sie bez uprzedniego sporządzenia aktu zgonu. Z miejsca zaproponował mi zorganizowanie USC i objęcie stanowiska urzędnika stanu cywilnego. Ranga teog urzędu była mi nieco znana, ponieważ do wyjazdu zza Buga pracowałem w terenowej radzie narodowej w Janówce. Zatem propozycję tą przyjąłem i przystąpiłem do orgznizowania Urzędu Stanu Cywilnego. Jednak nominacja na to stanowisko musiała być zatwierdzona przez Pełnomocnika Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Taką nomicnaję otrzymałem. Pierwszą moją czynnością było odszukanie ksiąg stanu cywilnego w administracji poniemieckiej i lokali, odpowiadających zabezpieczeniu tych ksiąg. Znalazłem te księgi porozrzucane w korytarzach i piwnicach - wszystkie tomy począwszy od r. 1874 do miesiąca stycznia 1945 r. tj. Wprowadzenia świeckiej rejestracji na tym terenie i to w dwóch tomach każdą księgę. Te drugie tomy, tzw. Wtóropisy na zarządzenie władz zwierzchnich, zostały przekazane w 1949 r do NRD. Lokal na umieszczenie USC znalzałem w Zarządzie Miejskim, lecz okna nie miały szyb i krakowało szkła na oszklenie. Onka te zostały oszklone w późniejszym czasie. Wypisując metryki z tych ksiąg, stwierdziłem w nich większość nazwisk o brzemienu polskim..., co świadczy o polskości zemi malborskiej. Stwierdziłem również, że nazwiska o brzmieniu poslkim za czasó władzy hitlerowskiej w latach 1934-1944 były przymusowo zmieniane na nazwiska o brzemienu niemieckim, co wynika ze wzmianek umieszczonych na marginesie akt. Aby USC mógł w pełni działać, trzeba było założyć nowe księgi stanu cywilnego, lecz w całym mieście nie mogłem znaleźć czystego papieru. Siłą faktu musiałem uzyć do tego celu makulatury z niemieckim pismem, a miejscowa drukarnia dokonałą odpowiedniego nadruku w jezyku polskim na drugiej stronie.


źródło http://www.grothotel.pl/okolice_malborka.html

  Migracje - Polityka Społeczna/Demografia
MIGRACJA - wędrówka, ruch ludności mający na celu zmianę miejsca pobytu na stałe lub okresowo, zarówno w obrębie kraju, jak i z jednego kraju do drugiego
EMIGRACJA - opuszczenie kraju ojczystego, stałe lub czasowe osiedlanie się poza granicami ojczyzny
IMIGRACJA - napływ ludności obcej do jakiegoś kraju w celu osiedlenia się czasowo lub na stałe
Wyróżniamy migracje:
• zewnętrzne – wyjazdy za granicę i przyjazdy z zagranicy,
• wewnętrzne – przesiedlenia w granicach jednego kraju.
Kolejny podział migracji związany jest z ich trwałością. Są to migracje:
• stałe, polegające na zmianie miejsca zamieszkania;
• okresowe, na dłuższy czas, ale z zamiarem powrotu;
• codzienne, obejmujące głównie dojazdy do pracy i do szkoły.
Ze względu na przyczyny zmiany miejsca zamieszkania rozróżnia się migracje:
• ekonomiczne (mające na celu polepszenie bytu)
• pozaekonomiczne (ze względów rodzinnych, religijnych, politycznych, narodowościowych lub społecznych).

MIGRACJE POWOJENNE

Termin migracja pochodzi od łacińskiego słowa migrare, oznacza w języku polskim wędrować, przesiedlać się. Przyczyną tych wędrówek i przesiedleń był w przypadku Polaków przede wszystkim przymus.
W 1946 roku 18,8 mln Polaków mieszkało na ziemiach tzw. dawnych (przed 1938 i po 1945 roku leżących w granicach Polski), a 4,8 mln – na Ziemiach Odzyskanych (do 1944 roku stanowiących część terytorium III Rzeszy Niemieckiej, a od 1945 - Polski).
Ruch repatriacyjny (od łacińskiego słowa repatriare – wracać do ojczyzny) rozpoczął się już w 1944 roku migracją ponad 117 tys. osób z części terenów ówczesnej Socjalistycznej Republiki Ukraińskiej, które to ziemie stanowiły przed wojną obszar polskich Kresów Południowo – Wschodnich. Ruch z tego kierunku rozwijał się dynamicznie. Uzupełniała go repatriacja i reemigracja (powrót byłych jeńców i uchodźców wojennych oraz osób deportowanych, a także powrót emigrantów osiadłych za granicą przed wojną).
W historii Polski procesy migracyjne ściśle związane były z sytuacją polityczną . Rozbiory w 1772, 1793 i 1795 r. spowodowały, że ziemie polskie dostały się w granice Rosji, Prus i Austrii, a proces germanizacji i rusyfikacji miał doprowadzić do zaniku wszelkich przejawów polskości wśród narodu polskiego. Gdy w 1815 roku powstało Królestwo Polskie pod protektoratem Rosji w jego skład weszły ziemie tworzące województwa: kaliskie, płockie, sandomierskie, krakowskie, mazowieckie, podlaskie, lubelskie, augustowskie. Królestwo Polskie zamieszkiwało początkowo 3,3 mln osób, a w 1827 r. już 4 140 000 ludności.
Polacy kilkakrotnie podejmowali próby odzyskania niepodległości. Po trzech największych powstaniach: listopadowym, krakowskim i styczniowym wielu działaczy politycznych znalazło się na emigracji (głównie w Europie Zachodniej) uciekając przed represjami ze strony władz carskich. Na obczyźnie wielu z nich poświęciło się działalności politycznej, propagandowej czy kulturalnej na rzecz ojczyzny. Wielu z uczestników powstań dosięgły kary od władz rosyjskich, często były to zsyłki w głąb Syberii.

Z Niemiec powróciło ok. 225 tys. osób, z Anglii i Francji – po około 17 tys. osób. Z terenu ZSRR, przede wszystkim z Ukrainy, powróciło ok. 788 tys. osób, z Białorusi – 272 tys., z Litwy – 177 tys., z innych republik – około ćwierć mln osób. Jednocześnie trwała repatriacja Niemców, ludności ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej z Polski. W latach 1944 – 1947 powróciło do polski około 2,7 mln Polaków, a emigrowało w przybliżeniu 2,2 mln przede wszystkim Niemców i obywateli ówczesnego ZSRR. Większość repatriantów i reemigrantów trafiła na Ziemie Odzyskane i na teren byłego Wolnego Miasta Gdańska. W późniejszych latach ruch repatriacyjny i migracyjny był mniejszy. Poważniejsze jego nasilenie nastąpiło w roku 1957 oraz w 1958 i wiązało się z kolejną falą powrotów Polaków z ZSRR (łącznie wróciło w tych latach około 182 tys. osób) oraz akcją łączenia rodzin niemieckich (wyjazd około 281 tys. osób deklarujących pochodzenie niemieckie).

Dzieje narodu polskiego nie znają podobnie wielkich i gwałtownych migracji. W latach 1981 – 1990 opuściło kraj około 1,5 mln Polaków. Wśród emigrantów przeważały kobiety i osoby młode od 20 – 29 lat. Konsekwencją migracji i przyrostu naturalnego ludności jest różnica w gęstości zaludnienia występująca miedzy poszczególnymi rejonami kraju.

Emigracja ma w Polsce długą przeszłość. Jej początki sięgają XVIII wieku. Największe nasilenie emigracji (politycznej) przypadło na okresy po powstaniach narodowych i na okres przemian ustrojowych. W XIX wieku miała miejsce masowa emigracja zarobkowa (ekonomiczna). W poszukiwaniu pracy Polacy wyjeżdżali do Niemiec, USA, Kanady, Brazylii, Argentyny i Belgii. Wyjeżdżali głównie ludzie młodzi, odważni, zdrowi – z nadzieja na poprawę warunków życia, otrzymania ziemi, lepszej pracy i szybszych awansów. Ponowne nasilenie się emigracji z powodów politycznych i ekonomicznych nastąpiło w Polsce po II wojnie światowej, w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i osiemdziesiątych. Znaczna część Polaków, którzy znaleźli się na Zachodzie w czasie II wojny światowej, postanowiła nie wracać do kraju. Steki tysięcy Polaków wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego, na Syberie i do Kazachstanu, były pozbawione możliwości powrotu.

Do kraju powracała lub opuszczała znaczna liczba Polaków w ramach łączenia rodzin.
Napływ ludności obcej na ziemie Królestwa Polskiego w XIX wieku wiąże się także z rozwojem przemysłu, jaki miał miejsce w tym czasie. Dla pozyskania fachowych sił z zaboru pruskiego czy krajów ościennych (Czechy, Saksonia) rząd Królestwa Polskiego dekretem namiestnika z 2 III 1816 r. przyznał ewentualnym osadnikom szereg ulg i przywilejów. Rozwinęło się wówczas wiele ośrodków przemysłowych, wzrosła liczba ludności miast, głównie dzięki imigrantom. W ważniejszych okręgach przemysłowych: łódzkim, warszawskim ( przemysł włókienniczy), staropolskim (metalowy i hutniczy) pojawili się kapitaliści niemieccy i żydowscy, którzy zaczęli inwestować w rozwój przemysłu na tych terenach. Przybyli również osadnicy z zaboru pruskiego, Czech, Śląska , Niemiec oraz Żydzi, którzy znaleźli zatrudnienie w rozwijających się manufakturach i zamieszkali głównie w ośrodkach miejskich.
W Roku 1948 powstało państwo Izrael i część obywateli polskich narodowości żydowskiej wyemigrowała do tego nowo powstałego kraju. W wyniku wydarzeń w marcu 1968 roku, z Polski wyemigrowało do Izraela i państw Europy Zachodniej wielu wykształconych ludzi pochodzenia żydowskiego. Z kolei w latach osiemdziesiątych, w okresie przemian ustrojowych w Polsce, wyjechał z kraju ponad jeden milion ludzi. Byli to na ogół ludzie wykształceni i przedsiębiorczy.
W ostatnich latach emigracja wyraźnie zmalała, a przyczyny tego należy szukać w poprawie sytuacji gospodarczej Polski, a także w narastającym bezrobociu w krajach wysoko rozwiniętych. Chęć powrotu wyrażają ostatnio Polacy wywiezieni z kraju w głąb byłego Związku Radzieckiego, zwłaszcza do Kazachstanu. Również część Polaków młodszego pokolenia, m.in. potomków wywiezionych, myśli o zamieszkaniu w ojczyźnie przodków. Z Europy Zachodniej wraca emigracja z lat osiemdziesiątych.

Efektem zmian ustrojowych po 1989 roku było otwarcie granic Polski dla imigrantów z krajów biedniejszych, głównie ze wschodu. Przez pewien okres czasu zlewali polski rynek tańszymi produktami ze wschodu tworząc konkurencję dla rodzimego handlu. Równocześnie wielu rodaków, którzy opuścili wcześniej kraj z powodów politycznych reemigruje.

Saldo migracji w latach 1989 – 1997

Saldo migracji, czyli różnica pomiędzy imigracją a emigracją, oraz przyrost naturalny kształtują przyrost rzeczywisty ludności. W Polsce saldo migracji jest ujemne, co oznacza, że emigracja przeważa nad imigracja. Przyrost rzeczywisty w naszym kraju jest mniejszy niż przyrost naturalny.
Wraz z rozwojem wolnego rynku i demokracji nasiliła się w Polsce imigracja i osiedlanie się na stałe obcokrajowców.
Po zmianach ustrojowych w 1989 r. Polska otworzyła swoje granice dla ludności zza wschodniej granicy. Spowodowało to napływ imigrantów liczących na polepszenie swojej sytuacji ekonomicznej. Przez pewien okres czasu zalewali polski rynek tańszymi produktami ze wschodu tworząc konkurencję dla rodzimego handlu. Po 1989 roku powracają do kraju, wolnego i demokratycznego, Polacy zmuszeni do wyjazdów czy podczas II wojny światowej, czy podczas rządów komunistycznych w Polsce, czy szukający lepszych warunków do życia.

Migracje wewnętrzne to przemieszczenia ludności w granicach państwa, obejmujące zmianę gminy zamieszkania lub w przypadku gminy miejsko-wiejskiej przeniesienie się z terenów miejskich do wiejskich tej gminy lub odwrotnie. W ramach migracji wewnętrznych wyróżniamy:
• migracje międzywojewódzkie - przemieszczenia ludności z jednego województwa do innego,
• migracje wewnątrz wojewódzkie - zmiany miejsca zamieszkania w obrębie tego samego województwa,
• migracje między powiatowe - przemieszczenia ludności z jednego powiatu do innego,
• migracje wewnątrz powiatowe - zmiany miejsca zamieszkania w obrębie tego samego powiatu.
Najważniejsze kierunki migracji:
• ze wsi do miast,
• z miast na wieś,
• z miast do miast,
ze wsi na wieś (migracja między obszarami wiejskimi).
W migracjach wewnętrznych przeważa kierunek z miasta do miasta. Najmniej osób przenosi się ze wsi na inne tereny wiejskie. Saldo migracji dotyczące przemieszczeń między terenami miejskimi i wiejskimi jest dodatnie dla miast.
Największy napływ i odpływ ludności obserwuje się w woj. mazowieckim, śląskim i wielkopolskim. Wynika to przede wszystkim z faktu, że są to największe województwa pod względem liczby ludności. Najbardziej mobilni są mieszkańcy woj. pomorskiego (12%), następnie woj. warmińsko-mazurskiego i lubuskiego (po 11,5%). Natomiast ludność województw centralnej i południowej Polski, a w szczególności woj. świętokrzyskiego (8,4%) i łódzkiego (8,5%), migruje w mniejszym stopniu. Rozpatrując udział ludności napływowej w ogólnej liczbie ludności dla miast i wsi można zauważyć, że wśród ludności miejskiej największy odsetek ludności napływowej odnotowano w województwie lubelskim - 12,2%, najniższy natomiast w łódzkim - tylko 7,5%. Wśród ludności wiejskiej odsetek ten był najwyższy w województwie lubuskim - 14,0%, najniższy zaś w świętokrzyskim - 8,1%. Średnia wartość odsetka ludności napływowej miejskiej dla całej Polski wynosi 10,0%, a dla wiejskiej 10,7%.
Obecnie migracje wewnętrzne w Polsce charakteryzują się następującymi cechami:
- Większość migrantów stanowią kobiety (52%)
- Większość migrantów stanowi ludność w wieku produkcyjnym (ok.68%)
- Najważniejszym kierunkiem migracyjnym były do roku 2000 miasta, obecnie saldo migracji w miastach jest ujemne (wynosi -6,5 tys.)
- Na skutek migracji zwiększa się liczba mieszkańców województw: mazowieckiego, wielkopolskiego, śląskiego, pomorskiego, małopolskiego i lubuskiego, a szczególnie wyraźnie zmniejsza się w województwach: podkarpackim, lubelskim, łódzkim, dolnośląskim.

Saldo migracji wewnętrznych w Polsce jest ujemne. Widać to we-dług podziału powiatów. Ujemne saldo migracji występuje, aż w 243 powiatach, zaś dodatni w 130. Jedynie w trzech powiatach saldo migracyjne przekroczyło 2000 osób m. in. powiat poznański (woj. Wielkopolskie), powiat warszawski i piaseczyński (woj. Mazowieckie). Według tej mapki możne również wyróżnić województwa o ujemnym saldzie migracyjnym. Zalicza się do nich m.in. woj. War-mińsko – Mazurskie, Podlaskie, Lubelskie, Podkarpackie, Dolnośląskie, Łódzkie, Świętokrzyskie.

Wśród migracji wewnętrznych w Polsce zdecydowanie przeważają migracje wewnątrz wojewódzkie, które stanowią prawie 73% wszystkich migracji wewnętrznych. Dotyczą one przeważnie niezbyt dużej odległości, najczęściej w ramach tej samej lub do sąsiedniej gminy (ponad 38% przemieszczeń). Kolejne migracje (ok. 37%) związane są z przemieszczeniem do sąsiednich powiatów. Największy udział migracji wewnątrz wojewódzkich w napływie notuje się w województwie lubelskim (81,7%), najmniejszy zaś w województwie opolskim (65,6%).

Migracje wewnątrz wojewódzkie w latach 1989 – 2002 wg poprzedniego miejsca zamieszkania

W skali całej Polski w migracjach wewnątrz wojewódzkich dominuje kierunek ze wsi do miast. Przeważa on w dziesięciu województwach (największy udział w woj. podlaskim – 44,7%). W województwach: dolnośląskim, mazowieckim, pomorskim i śląskim migracje dotyczyły kierunku z miast do miast (najwięcej osób między miastami przemieściło się w województwie śląskim – 54,7%), a w województwach lubuskim i małopolskim – kierunku z miast na wieś.
W ruchu międzywojewódzkim największy napływ ludności wystąpił w województwach: mazowieckim, śląskim i małopolskim; największy odpływ także dla województw: mazowieckiego i śląskiego oraz dolnośląskiego.
Największy przepływ ludności nastąpił z województwa lubelskiego do mazowieckiego (32,5 tys. osób, z czego ponad połowa to przepływ między miastami). Dość znaczne był również migracje pomiędzy województwami śląskim i małopolskim. Ruch ten odbywa się najczęściej między województwami sąsiadującymi ze sobą.

Kierunki migracji wewnątrz wojewódzkich w latach 1989-2002
Wieś > miasto 28,7%
Miasto > miasto 26,4%
Miasto > wieś 25,0%
Wieś > wieś 19,9%
W ramach migracji międzywojewódzkich najczęstsze były przemieszczenia z miast do miast. Stanowiły one prawie 53% wszystkich migracji międzywojewódzkich. Przepływ ludności ze wsi do miast wynosił prawie 22%, zaś najmniej migracji odnotowano ze wsi na wieś (ok. 11%).

Migracje międzywojewódzkie w latach 1989-2002
Wieś > miasto 21,8%
Miasto > miasto 52,9%
Miasto > wieś 14,3%
Wieś > wieś 10,9%

Historia ludzkości jest historią migracji. Człowiek chcąc poprawić swój byt, nieustannie wędrował. Zjawisko to obserwujemy także dzisiaj. Przemieszczenie się ludności do innego państwa nazywamy migracjami zewnętrznymi (emigracja, imigracja). Emigrantami nazywamy ludzi opuszczających swą ojczyznę. Imigranci to ludzie przybywający na obszar danego kraju. Ten sam człowiek jest więc jednocześnie emigrantem i imigrantem. Wielkie migracje wywołała II wojna światowa. W latach okupacji ludność z Polski wywożono na przymusowe roboty do Niemiec. Z kolei na ziemie polskie napływali osadnicy niemieccy. Bezpośrednio po zakończeniu wojny doszło do wyniku zmian granic państwowych do największego w dziejach Polski przemieszczenia ludności. Do kraju powracali jeńcy wojenni oraz robotnicy przymusowi. Wielu Polakom nie udało się powrócić do kraju. Wielkie migracje ustały około 1950 roku. Po roku 1956 w wyniku „akcji łączenia rodzin” nasiliła się emigracja. Do Niemiec wyjechało około 250 tysięcy mieszkańców Śląska, Warmii i Mazur. Kontynuacją akcji była emigracja do Niemiec w latach 1960 m- 1975.

Corocznie odwiedza Polskę w ramach tzw. "turystyki handlowej" ok. 8 mln obywateli Wspólnoty Niepodległych Państw (w 1994 r. -3,2 mln Ukraińców, 2,4 mln Białorusinów, 2,4 mln Rosjan).
Od 1 stycznia 1998 r. doszło do spadku liczby przybyszów z Rosji o 48,5%, z Białorusi - o 35% z powodu zaostrzenia przepisów dotyczących zasad przekraczania polskiej granicy wschodniej. Doprowadziło to do drastycznego załamania handlu bazarowego. Do największych z tego typu bazarów należą trzy targowiska w okolicach Łodzi: Tuszyn, Głuchów i Centrum Handlowe "Ptak" w Rzgowie, które wraz z produkcją na potrzeby prowadzonego na nich handlu dają ok. 170 tys. miejsc pracy w regionie łódzkim. Rozważając problem migracji zarobkowych zza wschodniej granicy w latach 90-tych należy podkreślić fakt braku incydentów na tle narodowościowym między ludnością polską a przybyszami z WNP. Polacy dobrze pamiętają własną sytuację ekonomiczną z lat 80-tych, gdy wielu z nich trudniło się podobnym handlem jak obecnie Białorusini, Rosjanie i Ukraińcy. Polska stała się dla nich "przedsmakiem Zachodu", pobyt tutaj umożliwił im porównanie standardów życia i kształtowanie wyobrażeń o świecie, podobnie jak Polakom wyjazdy na zachód w latach 70-tych i 80-tych.
Współcześnie migracje w Polsce odbywają się w wyniku poszukiwania lepszych warunków do życia, lepszych zarobków i pracy, ale i nie tylko, wiele osób młodych wyjeżdża także za granice w celu nauki, lepszych studiów i uczelni. Spowodowane jest to dość wysokim bezrobociem w naszym kraju. Mimo nawet przystąpienia do Unii Europejskiej potrzeba jeszcze wiele czasu i wysiłku, aby zlikwidować problem bezrobocia.

Migracje zewnętrzne Polaków w latach 1998 – 2003

W Polsce powojennej prześladowania polityczne i nagonka antysemicka spowodowała emigrację działaczy politycznych oraz osób pochodzenia żydowskiego. Tym procesom towarzyszyła emigracja ekonomiczna.

Emigracje i imigracje ludności w latach 1950 – 1988
Migracje to wędrówki ludzi, które powodują stałą zmianę miejsca zamieszkania na czas dłuższy lub na zawsze. Ludzie migrują od dawien dawna. W pierwszych okresach istnienia ludzkości (przed okresem neolitu), człowiek był przede wszystkim koczownikiem. Jego życie było ciągłą wędrówka. Dopiero wraz z neolityczna rewolucją rolnicza człowiek zaczął prowadzić życie osiadłe. Tę drogę wybrała zdecydowana większość ludzkich populacji. Koczowniczy tryb życia jednak nie zaginął i do dnia dzisiejszego można obserwować zbiorowiska ludzkie z nim związane (Beduini, Buszmeni, Lapończycy). Pomimo dominacji osiadłego trybu życia ludzie nie przestali przenosić się z miejsca na miejsce. W historii znane są spektakularne, często długotrwałe wędrówki, zmieniające oblicze etniczne dużych obszarów. Jeżeli przyjąć teorię o afrykańskim pochodzeniu człowieka to zasiedlenie pozostałych kontynentów stało się możliwe właśnie dzięki skłonności człowieka do opuszczania dotychczasowych siedzib i zasiedlania nowych obszarów. Proces zasiedlania kontynentów trwał bardzo długo. Przebieg tej kolonizacji ginie w mrokach pradziejów. Z bliższych nam czasowo i dość dobrze poznanych wydarzeń można wspomnieć chociażby o zasiedlaniu wysp Oceanii przez Polinezyjczyków, czy o wędrówce ludów na przełomie starożytności i średniowiecza. Ta ostatnia doprowadziła do ukształtowania kulturowych podstaw dzisiejszego społeczeństwa europejskiego. Nie można również zapomnieć o zasiedleniu Nowego Świata przez miliony emigrantów z Europy, Afryki i Azji. Były to migracje (procesy migracyjne) zmieniające oblicze demograficzne całych kontynentów. Przyczyny, dla których ludzie decydują się opuścić dotychczasowe miejsce pobytu i szukać nowego miejsca zamieszkania bywają różne; decyduje chęć poprawy bytu lub brak poczucia bezpieczeństwa. W ostatnich czasach przyjęło się mówić w tym kontekście o ekonomicznych lub politycznych przyczynach migracji. Oba czynniki mogą się oczywiście zazębiać. Nie zawsze musza to być migracje dobrowolne. Bardzo często są po prostu zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania. Tak było na przykład w przypadku całych narodów na obszarze Związku Radzieckiego, które w wyniku decyzji Stalina z europejskiej części państwa zostały deportowane na Syberię i do republik azjatyckich. Podobny los spotkał ludność niemiecką, która po przegranej wojnie i zmianie granic została przesiedlona z terytoriów, które znalazły się m.in. w granicach Polski. W ostatnich latach podobny efekt przyniosły czystki etniczne w krajach, które powstały na gruzach dawnej Jugosławii. Na szczęście nie wszystkie migracje związane są z tak spektakularnymi i zarazem tragicznymi okolicznościami. W większości przypadków są one po prostu podyktowane dobrowolną chęcią zmiany miejsca pobytu i sposobu życia. Mają również bardziej indywidualny niż grupowy charakter. Migrują przede wszystkim pojedynczy ludzie lub rodziny, choć i te przypadki bywają przeważnie częścią bardziej masowych zjawisk. Nie są to jednak migracje zwartych społeczności. Migracje różnicuje również punkt wyjścia i punkt docelowy. Istnieją więc migracje wewnętrzne i zewnętrzne (zagraniczne). Te pierwsze również są zróżnicowane. Można migrować do sąsiedniej miejscowości, ale również do odleglejszego regionu w kraju. Można migrować do miejscowości tego samego typu, ze wsi na wieś z miasta do miasta, jak również ze wsi do miasta i w przeciwnym kierunku. Punkty: wyjścia i docelowy mogą również znacznie różnić się wielkością. Efektem migracji jest więc nie tylko przeniesienie się w przestrzeni, ale również zmiany o znaczeniu jakościowym. W przypadku większych procesów migracyjnych, decydują one zarówno o zmianie losów jednostek, jak i o jakościowych zmianach w obrębie całych społeczności. Migracje ze wsi do miast nie tylko powiększają udział ludności miejskiej w społeczeństwie, ale odmieniają również styl życia osób zmieniających miejsce zamieszkania. W ostatnich czasach coraz częściej obserwować można zjawisko uchodźstwa, związane z różnymi kataklizmami. Przyczyną mogą być wojny, klęski żywiołowe itd. Od wielu lat uchodźcami są Palestyńczycy zmuszeni do opuszczenia obszarów okupowanych przez Izrael. Podobny los spotkał wielu mieszkańców byłej Jugosławii, którzy zmuszeni do opuszczenia swego kraju koncentrują się zazwyczaj w krajach sąsiednich. Najwięcej takich przypadków można obserwować na kontynencie azjatyckim i afrykańskim. Żeby być uchodźcą, wcale nie trzeba opuszczać swojego kraju. Klęski żywiołowe lub wydarzenia polityczne zmuszają bardzo często jedynie do przeniesienia się do innego regionu. Ludziom doświadczonym przez taki los również nie można odmówić miana uchodźcy.

Poniższa tabela przedstawia cudzoziemców ubiegający się o nadanie statusu uchodźcy w RP w okresie 1.01.1994-30.06.1997 (wg głównych krajów pochodzenia)

Rok Państwo Inne
1994 Armenia 48%; Bośnia-Hercegowina 6,5%; Irak 6,5% 3-4%
1995 Armenia 18%; Indie 13%; Rosja 10% 4-8,5%
1996 Sri Lanka 20%; Afganistan 15%; Armenia i Irak 11% 5,5-7%
1997 (1.01.-30.06.) Sri Lanka 30%; Afganistan 16%; Armenia 14 % 3-5%

Według przedstawionej powyżej tabeli wynika, że w roku 1994 o status uchodźcy w Polsce ubiegało się więcej Cudzoziemców (bo aż 65%) niż w roku 1995 (50%). W tym liczną grupę stanowi ludność z Armenii (48%). Zaś w roku1996 widać stopniowy wzrost Cudzoziemców w Polsce ( bo aż 53%), w tym największy swój udział miała ludność ze Sri Lanki (20%), a najmniejszy zaś Armenia z Irakiem (tylko 11%). W roku 1997 procent cudzoziemców powraca do tego samego co w roku 1994 (65%) lecz nieco w innym składzie. Najwięcej Cudzoziemców ubiegających się o status pochodzi ze Sri Lanki (30%), następnie z Afganistanu (16%), potem z Armenii (14%), a resztę stanowią inne kraje i jest to mały procent (3 – 5 %).

Saldo migracji zewnętrznych w latach 1998 – 2003

Przyczyny zmiany miejsca zamieszkania
Najczęściej zmiana miejsca zamieszkania następuje z przyczyn rodzinnych takich jak np. zawarcie małżeństwa (ok. 43% migrujących na stałe i ok. 34% czasowo). Kolejnym powodem są trudne warunki mieszkaniowe w poprzednim miejscu zamieszkania. Równie często migracje wewnętrzne następują z przyczyn ekonomicznych - oferty atrakcyjniejszej pracy bądź zagrożenia bezrobociem. Sytuacja ta dotyczy ok. 13% migracji na stałe i 20% okresowych. Ostatnią z przyczyn jest edukacja. Zmusiła ona do przeprowadzki ok. 22% migrantów okresowych i tylko 3% sta-łych.

Przyczyny zmiany ostatniego miejsca zamieszkania w latach 1989-2002
Przyczyny zmiany ostatniego miejsca zamieszkania Ludność migrująca w latach 1989 – 2002 (w %)

Na podstawie wyników Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań w 2002 r. wiadomo, że większość ludności Polski nie zmienia swojego miejsca zamieszkania. Prawie 60% ludności mieszka w swojej miejscowości od urodzenia i nie opuszczało jej na okres dłuższy niż rok. Ludność mobilna stanowi 39,2% ogółu mieszkańców kraju. Dla prawie 98% ludności migrującej w latach 1989-2002 poprzednim miejscem zamieszkania było inne miejsce w kraju, a dla ok. 2% zagranica.

Ludność wg okresu zamieszkania w obecnej miejscowości
Zamieszkała od urodzenia 59,2%
Nie ustalono od kiedy mieszka 1,7%
Przybyła w 1988r. lub wcześniej 28,7%
Przybyła w latach 1989-2002 10,5%

Większą zasiedziałością charakteryzują się mieszkańcy wsi – 67,3% ogółu ludności wiejskiej, natomiast w miastach – 54,2% mieszkańców. Największy odsetek ludności zamieszkałej od urodzenia odnotowano w woj. małopolskim (68,2%) i podkarpackim (67,7%), najmniejszy zaś w woj. zachodniopomorskim (49,9%). Z danych wynika więc, że mieszkańcy południowo-wschodniej, wschodniej oraz centralnej części kraju to ludność w większości zasiedziała.
W latach 1989-2002 ponad 10% ludności kraju (3,9 mln osób) zmieniło miejsce zamieszkania, tj. przybyło lub powróciło (po nieobecności trwającej rok lub dłużej) do miejscowości aktualnego zamieszkania z innego miejsca w kraju na pobyt stały lub czasowy.

Struktura demograficzno-społeczna migrantów
Wśród ludności napływowej przeważają kobiety, stanowiły one prawie 53% wszystkich migrujących. Zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn najczęściej migrowały osoby w wieku 20-24 lat. Zmiana miejsca zamieszkania w tym właśnie wieku wiąże się najczęściej z edukacją, podjęciem pracy bądź zakładaniem rodziny. Miejsce zamieszkania zmieniają często także całe rodziny.
Najliczniejszą grupą wśród ludności napływowej są osoby pozostające w związku małżeńskim, stanowiące ok. 65% wszystkich migrantów. Drugą, co do liczności grupą są kawalerowie i panny (ok. 28%).

Wśród ludności przybyłej do miejscowości aktualnego zamieszkania, ok. ⅓ to osoby z wykształceniem średnim (z przewagą średniego zawodowego), następnie z zasadniczym zawodowym (24%), podstawowym (ok. 19%), osoby z wykształceniem wyższym stanowiły ok. 16%. Najwyższy odsetek ludności przybyłej posiadającej wykształcenie wyższe w stosunku do ogółu ludności z wykształceniem wyższym występuje w woj. pomorskim (ok. 21%) i mazowieckim (20%), najniższy zaś w woj. łódzkim (ok. 13%).
Większość migrantów utrzymuje się z dochodów z pracy. Wśród ludności przybyłej utrzymującej się z dochodów z pracy ok. 58% posiadało własne źródło utrzymania, utrzymywanych było natomiast ok. 42%.
Ponad 1,7 mln. osób, które zmieniły swoje miejsce zamieszkania w latach 1989-2002, to ludność pracująca. Najwięcej osób napływowych w większości województw pracuje w przetwórstwie przemysłowym. Na drugim miejscu plasuje się praca w sektorze usługowym (głównie jest to handel, naprawa pojazdów mechanicznych, motocykli oraz artykułów użytku osobistego i domowego). Natomiast województwach: lubelskim, podlaskim i świętokrzyskim najwięcej migrantów pracuje w rolnictwie.